poniedziałek, 27 czerwca 2016

Samoopalający mus - pianka do twarzy i ciała Lirene. Recenzja.

Mamy już za sobą ostatni dzień szkoły a zarazem początek wakacji i z tym właśnie wydarzeniem zawsze kojarzył mi się początek prawdziwego lata. Z latem z kolei kojarzy się nieodłącznie słońce a co za nim idzie - opalenizna.

Jestem osobą z bardzo jasną, bladą karnacją. Mam tryliony piegów i trudno opalającą się skórę. Po kilku poparzeniach, których nabawiłam się w ostatnich latach zrezygnowałam z tego przywileju i pogodziłam się dla swojego zdrowia i bezpieczeństwa, że typowe opalanie nie jest dla mnie. Nie unikam maniakalnie słońca ale nie znoszę leżeć plackiem pod gołym niebem i tego nie robię.

Opalenizna jest atrakcyjna ale uwielbiam też widok tych bladych dziewczyn, które za nic mają jakąś wydaje mi się trochę nagonkę na strzaskaną słońcem skórę. Są na pewno też osoby, które opalać się po prostu nie lubią i dla nich właśnie przeznaczone są produkty samoopalające, gdyby jednak przyszła im ochota lub potrzeba zmiany tonacji skóry bez narażania jej na prawdziwe promienie słoneczne.

Lirene wprowadziło na rynek kilka nowych produktów do samoopalania i ja dzisiaj opowiem wam o moim doświadczeniu z jednym z nich - samoopalającym musie.



INFORMACJE OD PRODUCENTA

Mus samoopalający do twarzy i ciała pozwala szybko uzyskać złocistą, zdrowo i naturalnie wyglądającą opaleniznę. Dzięki niezwykle lekkiej, nowoczesnej formule idealnie się aplikuje i szybko wchłania, nie brudząc ubrań. Efekt równomiernej opalenizny jest widoczny już w godzinę po aplikacji i utrzymuje się do 6 dni. Zawarty w musie kompleks PRO - Bronze - Care skutecznie pielęgnuje skórę, intensywnie ją odżywiając i zmiękczając. Jego działanie wspomaga kompleks nawilżający, który długotrwale zapobiega utracie wilgoci i przesuszeniu. W efekcie skóra staje się elastyczna, gładka i ujędrniona.



OPAKOWANIE

Pianka mieści się w aerozolowej buteleczce, z której wydobywa się mus. Opakowanie identyczne jak w przypadku np. pianek do golenia. Grafika opakowania nie mogłaby wprowadzić nas w błąd z jakiego rodzaju kosmetykiem mamy do czynienia. Całość zachowana jest w złocisto - brązowej tonacji.




KONSYSTENCJA

Samoopalacz ma bardziej konsystencję pianki niż musu. Zaraz po aplikacji pęcherzyki dość szybko pękają i przy rozsmarowywaniu czujemy, że pianka robi się jakby wodnista ale nie lejąca. Aplikacja jest bezproblemowa, kosmetyk dobrze się wchłania.



DZIAŁANIE

Hmm... Trochę się teraz rozpiszę.

Ze szczerą radością przyjęłam do wiadomości informację o zawartości kosmetyków samoopalających w paczce z nowościami Lirene. Dawno a raczej bardzo, bardzo dawno temu miałam z tego rodzaju produktami do czynienia. W zamierzchłych czasach, chyba nastoletnich latach. Lubię testować produkty, których regularnie nie używam a nawet mogę powiedzieć, że w ogóle. Zawsze mam nadzieję, że po latach od jednorazowego użycia kiedyś tam odmienię zdanie na ich temat i stwierdzę - dlaczego wcześniej po nie nie sięgnęłam.

Tak właśnie było w przypadku musu od Lirene. Już tego samego dnia, kiedy przyszła paczka poleciałam pod prysznic i wyszorowałam się cała peelingiem do ciała. Pomimo nie używania samoopalaczy wiem, że tak powinno się postąpić przed jego aplikacją. Na opakowaniu jest informacja, że produkt należy ze starannością równomiernie zaaplikować i tak właśnie uczyniłam. Bardzo sumiennie. Po wszystkim pozostało mi tylko czekać...

Producent zapewnia nas, że efekt opalenizny uzyskujemy już po godzinie czasu od nałożenia kosmetyku. To prawda, ale ja bym uściśliła tą informację, że po godzinie pokazują się pierwsze efekty. Z czasem opalenizna się pogłębia.

U mnie efekt, jaki pokazał się na skórze po około 1,5 - 2 godzinach w zupełności by wystarczył. Skóra wyglądała na delikatnie opaloną i faktycznie nie było widać na niej smug. Jedynie w okolicach kolan była bardziej brązowa, kolana wyglądały jak u mojego dziecka po szaleństwach na placu zabaw - jakby przybrudzone. Całkiem zadowolona tego dnia poszłam spać myśląc, że kosmetyk stanie się prawdopodobnie moim "must have" na lato.

Niestety następnego dnia czar prysł... Obudziłam się zdecydowanie bardziej opalona, niestety kolor podchodził pod pomarańczowy odcień. To jednak nie był większy problem, problemem okazały się smugi, jakie mogłam zauważyć praktycznie na całym ciele. To, że plecy były połowicznie pokryte produktem było zrozumiałe i wybaczalne (za słabo wyginałam ręce do tyłu) ale plamy nie tylko w okolicach pachwin czy zgięć ale i na gładkich, szerszych powierzchniach zburzyły całkowicie mój wcześniejszy entuzjazm. Jak wspomniałam - aplikowałam kosmetyk naprawdę uważnie i nie wiem czy to ja popełniłam jednak błędy czy produkt po prostu jest niedoskonały. Nie byłam zła ale na pewno zawiedziona. Z efektu za to się śmiałam. Miałam do tego dystans bo wiedziałam, że za kilka dni opalenizna bezpowrotnie zniknie. Na szczęście w tej całej bidzie jaka powstała na moim ciele, samoopalacz oszczędził moją twarz i szyję. W tych okolicach opalenizna okazała się całkowicie równomierna. Na szczęście. Nie dla kosmetyku ale dla mnie :)

Ogólnie z daleka patrząc wyglądałam fajnie, przy mojej bladej skórze taki efekt był naprawdę zauważalny jednak z bliska plamy straszyły.

Potwierdzam informację producenta, że samoopalacz nie pozostawia żadnych plam na ubraniach i faktycznie utrzymuje się przez około 6 dni od momentu uzyskania opalenizny do jej całkowitego zniknięcia.

Jeśli chodzi o nawilżenie to trudno jest mi się do tego ustosunkować po jednorazowym kontakcie z kosmetykiem. Na pewno nie odczułam po jego użyciu żadnego przesuszenia skóry a ponieważ aplikowałam go zaraz po prysznicu z użyciem peelingu mogę napisać, że po rozsmarowaniu faktycznie poczułam ukojenie dla mojej ściągniętej zawsze po myciu skóry. 

Teraz przyznam wam, że mam dylemat czy powinnam zrobić jeszcze jedno podejście ponieważ cały czas mam wrażenie, że być może to ja popełniłam gdzieś błąd jeśli producent zapewnia, że kosmetyk nie powinien pozostawiać smug. Chyba dam mu jeszcze jedną szansę pomimo sporego rozczarowania pierwszym efektem.
 

WYDAJNOŚĆ

Niestety recenzja będzie niepełna o tą cechę produktu gdyż użyłam go tylko raz i nie chcę strzelać na ile aplikacji wystarczyłoby całe opakowanie.

ZAPACH, KOLOR

Kolor pianki jest jasny, można powiedzieć, że biały.

Zapach jest typowy dla samoopalacza czyli nieciekawy, uciążliwy i w sumie długo (przez kilka godzin a nawet dłużej) utrzymujący się na skórze.Nie czuć go od razu. Podczas samego wmasowywania pianki w skórę zapach jest dość przyjemny.

POJEMNOŚĆ

150 ml

PODSUMOWANIE

Jestem niestety rozczarowana tym produktem. Liczyłam na jakąś innowację i formułę, która zapewni nam śliczną opaleniznę bez plam i smug. Dodatkowo długo utrzymujący się nieprzyjemny zapach samoopalacza również spotęgował moje nastawienie do niego ale to cecha, której chyba się nie da ominąć przy tego typu kosmetykach.

Dam mu jednak jeszcze jedną szansę. Może podpowiecie mi na co zwrócić uwagę przy aplikacji samoopalacza, być może są jakieś triki, o których ja nie mam pojęcia. Wiem, że są specjalne rękawiczki do nakładania kosmetyków samoopalających ale czy one mają zastosowanie bez względu na formułę czy firmę produktu?

Jeśli przy drugim podejściu okaże się, że efekt będzie podobny do pierwszego to niestety będę musiała się z pianką pożegnać.

Póki co nie polecam ale jeśli coś się w tej kwestii zmieni to na pewno dam wam znać.

EFEKTY

Na koniec jeszcze pokażę wam 3 zdjęcia, na których widać powstałe plamy. Zdjęcia nieco przyciemniłam ale i tak nie do końca oddają efekt, jaki był widoczny gołym okiem.

Ps. Tak mam haluksy i puchate ręce :)


Skóra w pachwinach.


Na ręce widać plamy, które naprawdę nie wiem dlaczego powstały. Skóra w tym miejscu nie jest zginana i rozciągana. A jednak jakieś smugi się pojawiły.


Stopy wyglądały zdecydowanie najgorzej.




poniedziałek, 13 czerwca 2016

GlySkinCare regenerujący krem do stóp.

Dzisiaj chciałabym powiedzieć wam kilka słów o kosmetyku, który dostałam do testów od Diagnosis.pl. Wybierając produkty do testowania skupiłam się głównie na kosmetykach nawilżających, gdyż moja skóra po zimie była niesamowicie przesuszona.

Przed każdym zbliżającym się sezonem wiosenno - letnim zaczynam poświęcać większą uwagę swoim stopom. Każda z nas lubi je mieć wypielęgnowane bez popękanej i wysuszonej skóry. Osobiście u siebie zauważyłam od 2 lat skłonności do niestety występujących czasami głębokich pęknięć na piętach, w wyniku których naskórek wokół nich robił się twardy i suchy. Dlatego też chętnie próbuję różnych produktów do stóp aby zapobiec konieczności używania aptecznych maści.



INFORMACJE OD PRODUCENTA

Krem GlySkinCare wg producenta ma zapewnić naszym stopom intensywne natłuszczenie i zmiękczenie naskórka m.in dzięki zawartości lanoliny. Jeśli również macie problem z pękającymi piętami - krem skierowany jest do was.

OPAKOWANIE

Tubka kremu jest stojąca do góry nogami, klasyczna ze stonowaną grafiką. Plastik tubki jest troszkę mało elastyczny i gruby.



KONSYSTENCJA

Kosmetyk jest dość gęsty, kompletnie nie lejący się i w porównaniu do innych kremów trzeba większego nacisku aby wydobyć go z tubki. Rozsmarowuje się wg mnie dość opornie i podobnie jak w przypadku opisywanego już przeze mnie kremu do twarzy GlySkinCare (klik), początkowo przy rozsmarowywaniu sprawia wrażenie, że nie chce się wchłonąć.



DZIAŁANIE

Początkowo pomimo lekkich trudności w jego aplikacji krem daje od razu niesamowite uczucie dobrego nawilżenia i ukojenia dla wyczuwalnej suchości skóry. Szczególnie po kąpieli lub prysznicu. Stan ten utrzymuje się u mnie jednak dość krótko. Być może wynika to w moim przypadku z potrzeby naprawdę solidnego nawilżenia, jednak niektóre produkty przynoszą mi ulgę na znacznie dłuższy okres. Krem pozostawia po zastosowaniu na skórze lekki film.

Przy regularnym stosowaniu zauważyłam poprawę w wyglądzie stóp, jednak krem nie do samego końca wyeliminował suchość skumulowaną w pojedynczych miejscach.

Mam zatem w związku z nim mieszane odczucia. Daje super odczucie nawilżenia po aplikacji ale ona sama nie należy do najprzyjemniejszych. Krem poprawił kondycję skóry na stopach ale nie do końca dał sobie radę z najbardziej przesuszonymi miejscami. Ulga, jaką przynosi jego aplikacja dla suchej skóry jest zbawienna, lecz wg mnie nie utrzymuje się zbyt długo...

WYDAJNOŚĆ

W mojej ocenie krem nie jest bardzo wydajny. Nie ma tragedii ale dość szybko mi poszło jego zużycie w porównaniu do innych produktów z tej kategorii.

ZAPACH, KOLOR

Kosmetyk jest biały i posiada lekki, mało wyczuwalny, przyjemny zapach.

SKŁAD

Aqua, Petrolatum, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Paraffinum Liquidum, Lanolin, Glyceryl Sterate SE, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin.

POJEMNOŚĆ I CENA

75 ml / ok. 16 zł

PODSUMOWANIE 

Najprzyjemniej pisze mi się recenzje kosmetyków, które w 100% komuś mogę polecić na bazie mojego testowania. Pamiętajmy jednak, że każdy kosmetyk może się inaczej u mnie sprawdzić, inaczej u was. Krem GlySkinCare wg mnie jest niedopracowany pod względem konsystencji i wchłaniania. Jego działanie natomiast powinno zadowolić osoby, które nie posiadają większych problemów z pękaniem i suchością czy nawet zrogowaceniem naskórka. Profilaktycznie można go używać codziennie, powinien wtedy zapobiec powstawaniu podobnych problemów.

U mnie okazał się produktem zadowalającym w połowie. Będę szukała innego rozwiązania dla swoich stóp.



czwartek, 9 czerwca 2016

Nowoście Lirene, Under 20, Semilac i Indigo.

Powieje dzisiaj troszkę monotematyką ponieważ po poście z nowościami wjeżdża na bloga post z... nowościami. Dotarły jednak do mnie w tym tygodniu 3 paczki i zanim ruszę z testowaniem ich zawartości szybciutko pokażę wam ich zawartość.

Pierwsza paczka to nowości od Lirene i Under 20. Było w niej kilka kosmetyków typowo przeznaczonych do używania w letnim okresie oraz troszkę pielęgnacji.




W paczce znalazły się produkty mające nadać naszej skórze złocistej opalenizny bez wystawiania jej na szwank poprzez działanie prawdziwych promieni słonecznych ...


... oraz kosmetyk zdecydowanie do użytkowania pod gołym niebem i mocą słońca.


Otrzymałam również nowy podkład "no mask" od Lirene. To mój drugi egzemplarz tego produktu, dlatego jednym na pewno podzielę się z wami.


Kilka produktów pielęgnacyjnych. Brązujący balsam do ciała pod prysznic to dla mnie całkowita nowość. Jestem go bardzo ciekawa.


Pielęgnacja z Under 20.


W Minti Shop zamówiłam 3 nowe odcienie Semilaców. Tym razem nic w odcieniach różu, których mam najwięcej ...


... oraz butlę Cleanera.


Cały czas kombinuję z różnymi wykończeniami i zdobieniami hybryd. Pewne rozwiązania u mnie się nie sprawdzają, coś mi po drodze nie wychodzi a nie chcę się poddawać bo zależy mi na osiągnięciu celu. Stąd też zdecydowałam się na zakup m.in. topa z Indigo jak ich popularnego Sugar Effect. Zobaczymy co z tego wyjdzie :)



Na koniec w przybliżeniu nowości od Indigo czyli pyłki Metal Manix. 

Mam w zamyśle 2 nowe pomysły na nowy manicure i z chęcią już bym się za nie zabrała ale obecne paznokcie po tygodniu wyglądają na tip top więc szkoda mi przedwcześnie je zmieniać. Głównie chodzi o zaoszczędzenie skórze i płytce kontaktu z acetonem. 

Mam do was pytanie. Czy któraś z was używała Sugar Effect w połączeniu z hybrydami? SE jest przeznaczony do pracy z żelami a ja spróbuję go położyć na hardi z Semilaca i jestem ciekawa co z tego połączenia mi wyjdzie. W razie czego czekam na waszą pomoc lub sugestie. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...