niedziela, 29 czerwca 2014

Ciąża mi ciąży. 3 trymestr Kommo.

Właśnie jestem po porannej dawce płakania. Jakoś dzisiaj pękłam - tu dowiedziałam się, że obserwowana przeze mnie vlogerka urodziła, tutaj przeczytałam długaśną relację z porodu na jednym z blogów i emocje sięgnęły zenitu. Ale się oczyściłam przynajmniej, chociaż na chwilę....  I zaraz mam plan ponownie pozytywnie się zaprogramować.

6 dni do terminowego (wg kalendarzyka) porodu. Na zewnątrz wyglądam na spokojną ale podświadomie chyba trwa jeden wielki emocjonalny melanż.

Martwię się czy dam radę (chociaż wiem, że muszę dać), czy będę umiała kochać ponad wszystko, czy będę miała wystarczająco cierpliwości, pokory, spokoju. Czy czeka mnie hormonalna batalia, w jakim stopniu wyjdę z tego emocjonalnie cała. Kiedy powrócę do "normalności" chociaż nowa normalność nie będzie już tą starą - nigdy.

Jaka będzie dzidzia, jaki będzie miała charakter, oby była zdrowiutka...

Ostatnie 3 miesiące ciąży to czas, kiedy dosadnie czuje się, że ciąża jest ciążą :) Brzuch rośnie, dzidzia rośnie i coraz to inaczej daje o sobie znać. Kopniaczki z okolic 20-25 tygodnia to nie to samo co wyciąganie, przeciąganie i rozciąganie w 40 tygodniu :) Momentami bolesne ale jakże cudowne.

Nie doświadczyłam ani jednego kopniaka w żebra, najczęściej mnie bolało gdy podczas rozciągania dzidzia naciskała na dół. Od około 2 tygodni dopiero czuję pod skórą kończynki - nie wiem czy to nóżki czy rączki ale na pewno nie pupka i plecy bo głowa to jest w dole, gotowa do startu. Czasami czuję wręcz paluszki, jestem pewna.

Ostatnie 3 miesiące cechowały się u mnie kolejną porcją emocjonalnej huśtawki. Kilka dni dobrych, pozytywnych po czym znowu odczucie, że do niczego obecnie nie jestem potrzebna. Nie chcę się o tym rozpisywać. Tyle myśli krąży po głowie, wszystko buzuje i ta świadomość co za niedługo nastanie w naszym życiu - to wszystko łączy się na emocjonalną sinusoidę.

Przytyłam okrutnie. Szczególnie w 8/9 mcu pobiłam wszelakie rekordy. Co miesiąc przybywało mi około 1,5 - 2 kg a w ostatnim miesiącu zaszalałam i dobiłam do 5,5 kg !!! Śmiałam się z tego przez kilka dni ale ostatecznie coś czuję, że po urodzeniu nie będzie mi tak do śmiechu.

Przez całą ciążę nie miałam żadnych skrajnych zachcianek żywieniowych. Ostatni jednak miesiąc cechował się u mnie tak mocno wzmożonym apetycie i codzienną delirką na słodkie, że nie mogło się to nie odbić na wadze. Myślę, że ostatecznie będę tego żałować ale cały czas łudzę się myślą, że solidnie się wezmę za siebie już za niedługo.

Jak czuję się fizycznie? Muszę najpierw napisać, że pod koniec ciąży nie sposób czuć się w 100% wyśmienicie. Jest bardzo ciężko dźwigać nabyte w tak krótkim odstępie czasu dodatkowe kilogramy, jest ciężko podnosić się z pozycji leżącej do pionu, jest bardzo niewygodnie spać, przewracać się z jednej strony na drugą. Bolą mnie w nocy biodra. Śpię mało i na raty - wiadomo (siusiu co chwila).

Pomimo wszystko o czym napisałam powyżej muszę chyba podsumować, że czuję się ogólnie całkiem nieźle. Nie bolą mnie plecy ani kręgosłup (nie doświadczyłam tego bólu ani razu podczas ciąży a ogólnie miewam problemy z kręgosłupem), nogi wcale tak mocno nie puchną, nie mam zgagi (nie miałam nigdy w życiu), szczęśliwie donosiłam ciążę do końca. Miałam ostatnio 2 dni ostrego bólu w pachwinie nogi  aż dosłownie trudno było mi się ruszać ale cudownie przeszedł i nie powrócił. Oczywiście momentami przy wstawaniu, zmienianiu pozycji, czasami przy chodzeniu boli i ciąży ale i tak nie jest najgorzej.

Nie jestem bohaterką, ostatnio bardzo często jęczę, stękam, pomarudzę :) Ale za chwilę sama z siebie się śmieję. Te wszystkie niedogodności wiążą się przecież z za chwilę mającym pojawić się na świecie dzieckiem. Chcieliśmy to mamy! No, kobieta ma za swoje dobitniej od samiutkiego początku bardziej niż facet. Oni muszą znosić nasze narzekania i emocje a my również to samo plus fizyczne aspekty.

Troszkę o ciele. Od początku 4 miesiąca ciąży dzień w dzień smaruję brzuch 2 razie dziennie - wieczorem oliwkami a w dzień masłami. Myślę, że musi to mieć wpływ na fakt, że na brzuchu póki co nie mam rozstępów. Ale nie jest tak pięknie. Mam kilka rozstępów na boczkach całkiem nowych a stare, nabyte wiele lat temu (kiedy przytyłam) znowu się zaróżowiły i przypomniały o swojej obecności. Nie jest źle - jakoś się nimi nie przejmuję. Brzuch na 100% będzie mi schodził okrutnie wolno i zapewne nigdy nie wróci do stanu sprzed ciąży (u nas w rodzinie to dziedziczne) a już wtedy pozostawiał wiele, wiele do życzenia. Ale jak Scarlet O'Hara - nie będę o tym myślała teraz, pomyślę później.

Piersi z ogromnych urosły do najogromniejszych z możliwych. Ok, niech tylko wyprodukują mleko i wykarmią dziecię, wtedy się z nimi za ten przyrost pogodzę.

Zastanawiam się czy będzie mi brakowało ciąży, czy nie będę tęsknić za tym żyjątkiem w środku pomimo, że będzie przecież obok mnie na zewnątrz... To jest integracja nie do opisania w słowach, która nawiązała się przez te długie miesiące.

Myślę również, że po urodzeniu po raz kolejny w życiu inaczej spojrzę na swoją mamę...

Tymczasem czekamy... :) Na szczęście nie czekam jak na szpilkach, staram się chłonąć każdą ostatnią leniwą i spokojną chwilę i staram się ją zapamiętać.

Torba do szpitala spakowana (robiłam to od miesiąca). Łóżeczko gotowe, wózek czeka. A co najważniejsze - garderoba wypchana do granic możliwości i pierwsze kosmetyki czekają na półkach :)

Już mi troszkę żal, że na pewno nastanie na blogu przerwa. Pisałam jednak na FB prośbę, abyście mentalnie mnie wspierały i nie uciekały ode mnie bo wszyscy, którzy tu zaglądają dają mi naprawdę dużo radości i motywacji. Zapraszam was (których jeszcze nie ma) na  mojego FB, gdzie częściej wrzucam co nieco od siebie i pewnie tam najpierw pojawi się informacja, że to już.

Myślę, że to na tyle. Kończę ciążowe posty bo to już koniec tej przygody :) Trochę chaotycznie to wszystko napisałam ale może komuś nasunie się jakaś refleksja.

Acha, jeszcze jedno. Ja zostanę mamą po raz pierwszy w wieku można powiedzieć 33 lat bo urodziny mam pod koniec lipca więc nie będę naciągać, że 32 :) Kilka razy dziewczyny mi pisały, że zazdroszczą ale oczywiście w tym pozytywnym mniemaniu. Muszę was zapewnić, że wszystko przed wami. Ja byłam przekonana, że nigdy nie wyjdę za mąż a ciąża na początku była dla mnie abstrakcją. Nie uważam też, że jest odpowiedni wiek do zostania mamą. Tak samo można nią zostać mając 20 lat czy 40, nie ma na to reguły i na tą decyzję wpływają przeróżne czynniki. Mi akurat tak życie się poukładało, że pierwsze dziecko będę miała stosunkowo późno. Nie analizuję czy to dobrze czy źle. Biorę to co życie mi daje w danym momencie. Oczywiście - bardzo się cieszę!

Tak "w razie czego" zostawiam linki do poprzednich ciążowych postów:

1 trymestr
2 trymestr

No i na koniec kilka dosłownie migawek wizualnych.










99% z tego co widzicie otrzymaliśmy od najbliższych po ich dzieciach. Cudowny recycling. 




To jedno z ostatnich grubaśnych selfies. Jeszcze na szoppingu!


Chyba ogarniałam łóżeczko, kiedy ani się obejrzałam a kot testował już wygodę wózka. 


No i na samiuteńki koniec... co ja się martwię jaką będę mamą - przecież widać na zdjęciu jak dzieci do mnie lgną i jakie są przy mnie szczęśliwe! :/




sobota, 28 czerwca 2014

Denko nr 7. Marzec - czerwiec.

Denko z 4 miesięcy... Możecie mnie zapytać dlaczego przechowuję tak długo puste opakowania w domu. Zapytajcie... Ja też siebie pytam.

Zabierając się czasami konkretnie za krążące mi od jakiegoś czasu pomysły na posty uświadamiam sobie, że zdecydowanie często tracę rachubę czasu. Naprawdę myślałam, że ostatnie denko było no może maksymalnie 3 miesiące temu a okazuje się, że robiłam je przy okresie przeprowadzki już 4 miesiące temu.

Zabieram się dzisiaj za zdjęcia, cieszę się, że tyle kosmetyków mi poszło a to przecież minęły 4 miesiące!

Anyway. Denka ogólnie lubię, nawet jeśli nudzą one innych to jest to takie uspokajające dla mnie samej, że kosmetyki nie tylko hurtowo napływają do mnie w nowych postaciach ale również je autentycznie i do samego końca zużywam!

Tak prezentuje się mój 4 miesięczny zbiór pustych opakowań.





Bardziej wnikliwych zapraszam na szczegółową relację :)


- Original Source Mango i Macadamia żel pod prysznic - lubię ich żele pomimo tego, że są średnio wydajne, średnio się pienią i dozowanie nie należy do najłatwiejszych :).
- Nivea żel pod prysznic - całkiem przyjemny żel, z ochotą z niego korzystałam.


- oliwka Johnson'srecenzja,
- masło The Body Shop - który to raz piszę na blogu, że uwielbiam ich masła?
- Eveline oliwkowy krem regenerujący - przyjemny jak dla mnie krem do stosowania zarówno do ciała jak i osobiście dla mnie również do twarzy. Na twarz nie używałam go codziennie ale bywały dni, że miałam na niego ochotę. Dawał mi naprawdę dobrą dawkę nawilżenia. 


- Lirene - peeling enzymatyczny. Produkt, który ze wstydem dla mnie okazał się mocno przeterminowany :( Stał tak na półce wypchnięty przez ziarniste peelingi i czekał aż go zauważę i wyrzucę. A bardzo go lubiłam i nie było to jedyne opakowanie tego produktu u mnie.
- tonik Lirene nawilżająco - oczyszczający. Nie wiem nigdy za bardzo co napisać konkretnego o tonikach. Bardzo przyjemny i odświeżający produkt - myślę, że zdecydowanie kupię go ponownie.
- Under 20 płyn micelarny - recenzja.
- Balea żel do myia twarzy - recenzja.
- Lierac - płyn do demakijażu - miniaturka z Glossyboxa, rewelacyjny produkt. 


- Dr Irena Eris - krem nawilżająco - matujący. Bardzo go lubiłam, był delikatny a jednak czuło się zadowalające nawilżenie. Miał też specyficzny, ładny zapach, który zawsze będzie kojarzył mi się z podróżą poślubną :) recenzja
- Avon - rozświetlający krem do twarzy. Z kosmetykami pielęgnacyjnymi od Avon jestem na bakier ale ten produkt mnie zaintrygował i postanowiłam go wypróbować. Żałuję, że w odpowiednim czasie nie napisałam o nim recenzji bo naprawdę mi się spodobał. Nadawał ładnego ale absolutnie nie przesadnego błysku na twarzy jak delikatna baza rozświetlająca. Mógłby lepiej nawilżać. Kto wie, czy go kiedyś jeszcze nie kupię o ile go nie wycofają, co Avon często robi. 
- krem do twarzy Aloe Vera. To był bardzo ciekawy produkt, zakupiony bezpośrednio przy plantacji i fabryce wytwarzającej produkty na bazie aloesu na Fuerteventurze. W jego skład wchodziło ponad 60% samego soku z liści aloesu (pierwszy składnik na liście) a wiadomo jak dobroczynnym składnikiem dla skóry jest aloes. Zużyłam go szybciutko, nie był bardzo wydajny ale zdecydowanie dobroczynny dla skóry twarzy.
- odżywczy krem AA - treściwy i dość gęsty krem. Stosowałam go zimą i bardzo lubiłam. 
- Pharmaceris krem pod oczy - recenzja.


- Rexona antyperspiranty - sama jakoś nigdy nie sięgam po dezodoranty w sprayu i właśnie te 2 dostałam przy różnych okazjach w prezencie. Nie mam im nic do zarzucenia, przyjemne i ładnie pachnące, odświeżające produkty. 
- mgiełka Avon - wiem, że większość z was nie lubi Avonu, ja tej firmy ani nie uwielbiam ani nie nienawidzę. Ponieważ jestem od X lat ich konsultantką i zamawiam kosmetyki dla znajomych to i dla siebie zawsze coś wypatrzę. Mgiełki kupuję regularnie i bardzo je lubię w okresie wiosenno - letnim. 
- Avon Pur Blanca Blush - bardzo często za to kupuję ich wody toaletowe. Mam kilku swoich ulubieńców. Pur Blanca Blush zdecydowanie przypadła mi do gustu.


Szampon Pharmaceris - recenzja. Z racji, że drastycznie skróciłam swoje włosy w ciągu ostatnich kilku miesięcy, zużywam zdecydowanie mniej szamponów. Włosy myję co 2, 3 dni. 


- Rimmel Wake Me Up podkład - niestety recenzji o nim nie było a szkoda, bo u mnie ten podkład się sprawdził. Ładnie pokrywał, nie dawał sztucznego efektu maski, wyrównywał kolory skóry.
- Essence maskara wydłużająca rzęsy - to moje drugie opakowanie tego tuszu. Ładnie rozdziela rzęsy i je wydłuża. Przy tym opakowaniu jednak doświadczyłam odbijania się tuszu na górnej powiece (nie regularnie, sporadycznie) i jakoś szybko mi wyschła. Dlatego pozostaje lekkie rozczarowanie. 
- Grashka maskara również wydłużająca. Co do tej maskary mam mocno mieszane odczucia. Nie do końca rozumiałam jakby smolistej konsystencji, od samego początku była taka gęsta i jakby ciągnąca się. Miałyście może z nią do czynienia? Lubiłam jej szczoteczkę (chyba ją doczyszczę i zachowam). Efekt na rzęsach był oporny do uzyskania ale jednak nie był jakiś najgorszy. Dalej nie wiem co o niej myśleć, mam mocno niesprecyzowane zdanie...
- H&M błyszczyk. Jak oni nimi kuszą przy kasie, pada sztuczne światło, one się mienią jak oszalałe i w ten sposób mam ich chyba z 3, tzn już tylko 2 sztuki. Są kleiste ale przez do dłużej się utrzymują na ustach. Ja je lubię, do szybkiego przelecenia nimi po spierzchniętych ustach np. będąc w mieście a preferując bardziej glossy efekt niż po użyciu zwykłego sztyftu. 


Na koniec próbeczki. O nich bez komentarza, no może jeden - mogłabym przez 4 miesiące zużyć ich znacznie więcej!

Jest ktoś kto przebrnął przez całego posta? Dajcie znać :)





czwartek, 26 czerwca 2014

Makijaż nr 4. Kontynuacja indygo na rzęsach.

Wczoraj napisałam post o kobaltowej maskarze Pierre Rene. Zdania na jej temat były podzielone - jednym z was efekt się podobał i byłybyście skłonne również "nosić" tak kolorowe rzęsy, innym się podobał ale tylko na kimś a trzecia grupa była zdecydowanie na nie :)

Faktem jest, że wczorajszy makijaż, który zrobiłam pod maskarę był po pierwsze delikatny i prawie w całości zjedzony przez aparat a po drugie średnio efekt połączenia wszystkich odcieni niebieskiego mi się spodobał i może dlatego kilka osób było na nie.

Dzisiaj postanowiłam zrobić coś w części bardziej stonowanego kolorystycznie nie odbiegając jednak całkowicie od niebieskości. Na kobaltowo zostały podkreślone tylko dolne rzęsy i nie widać już aż tak przesadnego efektu, jaki pokazałam wczoraj. 

Wg mnie jest to fajna propozycja na wieczorne wyjście, dolna powieka przykuwa uwagę!

Dajcie znać co myślicie o tym makijażu.











środa, 25 czerwca 2014

Indygo na rzęsach.

Ostatnio powracają do mody kolorowe tusze do rzęs. Choć wcale rozglądając się na około tego nie widzę gdyż większość dziewczyn i kobiet preferuje jednak rzęsy w wydaniu czarnym lub brązowym (również i ja) to pomimo to skusiłam się na jedną z kolorowych maskar.

Jest to zakup nieco sentymentalny gdyż dokładnie pamiętam swoją soczyście niebieską maskarę, którą dzień w dzień przez jakiś okres molestowałam rzęsy uczęszczając jeszcze do liceum! Ach... kiedy to było :)

Ponieważ wiem, że indygo na moich rzęsach nie będzie gościło na co dzień to wybrałam jego tańszą opcję z oferowanych na rynku możliwości i jest to maskara Pierre Rene w kolorze nr 05 "sky blue". Jej koszt to kilkanaście złotych (mniej niż 15zł). Wydaje mi się coś, że jest to dokładnie ta sama maskara, którą używała właśnie kilkanaście lat temu.




Tusz ma zadowalającą konsystencję już na początku (jest kremowy) ale mimo wszystko sugerowałabym nałożenie 2 warstw dla lepszego efektu zarówno pogrubienia jak i nasycenia koloru. Szczoteczka jest klasyczna i dość mała - dla mnie wielkością idealna. 



Tutaj w porównaniu ze szczoteczką maskary Rimmel "rockin' curves".

Kobaltowy odcień tuszu jest niesamowicie intensywny (widać na zdjęciu szczoteczki). Najważniejszy jest jednak fakt, że na rzęsach wygląda równie dobrze i tak samo soczyście niebiesko a jest to chyba główna zaleta tego typu produktu. Mnie efekt całkowicie zadowolił. 

Tusz wg producenta powinien nasze rzęsy pogrubić i mogę potwierdzić, że faktycznie taki efekt daje. Nie jest to spektakularne pogrubienie ale, że rzęsy są w jakimś stopniu zagęszczone. Na swoich lichych falbanach prawie nie zauważyłam po użyciu tuszu wydłużenia czy podkręcenia. Delikatnie może się uniosły. 

Powyższy efekt (zarówno jeśli chodzi o kolor jak i pogrubienie) jest znacznie bardziej widoczny po podwójnym wytuszowaniu rzęs co muszę podkreślić. Być może z czasem (gdy tusz nabierze troszkę gęstszej konsystencji) ten sam efekt przyniesie jedno pokrycie.


Jak widzicie producent podaje nam informacje o zmywalności tuszu samą wodą. Faktycznie tusz z łatwością zszedł po jej użyciu, gorzej było z samymi cieniami :) Skoro jednak tusz tak łatwo znika w kontakcie z wodą to możemy przewidzieć, że nie jest to produkt do używania podczas nieładnej pogody, podczas ważnych uroczystości (na których możemy się wzruszyć) czy idąc na basen. Powyższa cecha nie wpływa jednak na jego trwałość w ciągu dnia o ile nasze oczy nie są narażone na wilgoć. Tusz mi się nie kruszył, nie odznaczał na skórze. 

P O D S U M O W U J Ą C.
Wiadomo, że kolorowych maskar nie używamy codziennie i myślę, że jak na "raz na jakiś czas" jest to fajny produkt - jest tani, pogrubi nam delikatnie rzęsy a co najważniejsze - nada im naprawdę intensywnego koloru. Wadą tuszu jest jego trwałość bo fajnie czasami zaszaleć z kolorem np. idąc na imprezę ale wiadomo, że nasz makijaż jest wtedy narażony na wilgoć a ona może go trochę lub całkowicie zepsuć (chyba, że nie szalejemy). 

Zobaczcie jak tusz wygląda na moich mało atrakcyjnych rzęsach z podkreśleniem, że naturalnie są one bardzo jasne. Myślę, że w przyszłości ograniczę się do maźnięcia tuszem samych końcówek, wcześniej pomalowanych klasyczną czernią dla uzyskania niebieskiego refleksu. 



Golasy.


1 warstwa.


2 warstwy.


1 warstwa.


2 warstwy.



Tutaj dodatkowo z pomalowanymi dolnymi rzęsami.

Zaszalałam maksymalnie z niebieskim, następnym razem dobiorę coś pod kolor tuszu aby uzyskać totalnie jednolity look :)

Używacie kolorowych maskar? Jakie jest wasze zdanie o takich gadżetach?



wtorek, 24 czerwca 2014

3 x peeling Lirene.

Kolejny post o pielęgnacji i dzisiaj 3 w 1 czyli o trzech produktach w jednym poście. Napiszę troszkę o trzech peelingujących kosmetykach od Lirene. Jeden z nich (oczyszczanie 3 w 1) otrzymałam w ramach współpracy. 



Od lewej mamy tutaj:
1. peeling enzymatyczny do wrażliwej cery,
2. żel do mycia twarzy peelingująco - wygładzający,
3. żel myjący + peeling + maska 3 w 1.


Zacznę od tego, że w międzyczasie - pisząc posta zorientowałam się, że peeling enzymatyczny pod tą postacią, którą prezentuję chyba już naprawdę nie występuje :) Widzę wersję peelingu enzymatycznego w różowej tubce, którego jednak skład nieco się różni. Ponieważ jednak przygotowałam już post w takiej formie to niech zostanie w nim moja opinia o wysłużonym staruszku a może natknę się na którąś z was, która również miała z nim do czynienia :)

Enzymatyczny peeling Lirene towarzyszył mi od wielu lat i obecny jest już na wykończeniu (niestety ale dzięki temu, że zabrałam się za ten post ze smutkiem stwierdziłam, że nie wykorzystam jego końcówki z powodu CHYBA a raczej na pewno :) zbyt długiego okresu jego przechowywania na półce). 

Nie była to pierwsza tubka tego produktu, którą używałam co przedstawia już z góry moje zadowolenie z niego. Produkt był przyjemny, kremowa konsystencja umilała jego stosowanie a skuteczność w usuwaniu suchych skórek bez potrzeby używania peelingu z drobinkami skłaniała mnie do ponownego kupowania kolejnej tubki tego samego kosmetyku. 

Przejście jednak ze stosowania peelingu enzymatycznego na te z drobinkami poskutkowało przeterminowaniem jednego z moich ulubionych kosmetyków jakie kiedykolwiek używałam.





Kolejny produkt to żel do mycia twarzy, który nabyłam wybierając dość losowo nowy kosmetyk do oczyszczania. Będąc w sklepie widziałam, że na opakowaniu wyraźnie jest napisane, że jest to żel peelingujący. Po pierwszym jednak użyciu byłam dość mocno zaskoczona ilością drobinek, gdyż spodziewałam się czegoś znacznie delikatniejszego jak na codzienną pielęgnację. 

Żel jest o idealnej konsystencji jak na produkt do oczyszczania - nie jest ani za gęsty ani zbyt rzadki aby przelewał się przez palce. Ma dość intensywny kosmetyczny zapach, mnie osobiście nie odrzuca (wręcz chyba go lubię) ale być może komuś mógłby przeszkadzać. Posiada w sobie całkiem sporą ilość delikatnych drobinek, które ładnie wygładzają naszą skórę. 

Dlaczego dla mnie nie jest to kosmetyk do codziennego używania? Jest to moja myślę indywidualna preferencja. Oczyszczając każdego dnia wieczorem twarz żelami mam zwyczaj również przemyć nimi oczy więc potrzebuję do tego naprawdę delikatnego produktu (idealnie u mnie sprawdza się żel BeBeauty) a żel peelingująco - wygładzający Lirene jest jak dla mnie zbyt drażliwy i zbyt "ostry" do tego konkretnego celu. Moja skóra także należy do tych bardziej delikatnych i nie odczuwam potrzeby używania kosmetyku z drobinkami w takim wydaniu codziennie. 

Jednakże! :) Opisywany żel zdecydowanie lubię i jestem zadowolona z tego, że zdecydowałam się go zakupić i z nim zapoznać i zawsze przyjemnie używam go co 3-4 dni na przemian z trzecim kosmetykiem, o którym zaraz. Stosuję go wtedy jako delikatny peeling po uprzednim oczyszczeniu twarzy czymś delikatniejszym.

Produkt jest z resztą dedykowany skórze normalnej, mieszanej lub tłustej a moja jest bardziej sucha w kierunku do mieszanej dlatego jak napisałam częstotliwość jego używania co kilka dni jest dla mnie optymalna. 

Żel ma pojemność 150 ml i jego koszt to przeważnie od około 10-11 zł w promocji do kilkunastu w zależności od sklepu czy drogerii. 

Działanie wg producenta:
- oczyszcza,
- odblokowuje pory,
- odświeża i pomaga w dbaniu o piękny i naturalny koloryt skóry dzięki zawartości wyciągu z cytryny oraz witamin A i E.





Trzeci peelingujący produkt Lirene to produkt 3 w 1 - żel myjący, maska i peeling. Tego kosmetyku jako maski nie stosowałam. Troszkę sceptycznie na początku podchodziłam do niego, że jak to - żel myjący w postaci mocno kremowej... Moje obawy odeszły w zapomnienie po kilku pierwszych użyciach. 

Nawiązując do tego, co napisałam o potrzebie stosowania naprawdę delikatnego produktu do codziennego oczyszczania twarzy, żel 3 w 1 pomimo całkiem innej postaci (mocno kremowej) w porównaniu do opisanego już wyżej żelu peelingującego ma u mnie jednak bardzo podobne zastosowanie - używam go raz na kilka dni i to z tego samego powodu czyli ilości drobinek.

Kosmetyk występuje w mniejszej tubce (75 ml) i ma całkowicie kremową konsystencję. Występujące w nim drobinki mi do złudzenia przypominają te z fioletowego żelu - są delikatne i jest ich całkiem sporo. Efekt więc po zastosowaniu jest podobny do efektu po używaniu żelu. Zapach określiłabym ponownie jako przyjemny (taki jakby delikatnego mleczka do ciała). Stosowanie produktu jest zdecydowanie miłe, skóra twarzy jest po nim wygładzona i dobrze oczyszczona oraz nie jest napięta choć to odczucie pewnie jest różne w zależności jaką posiadamy cerę. 

Działanie wg producenta:
- głębokie oczyszczanie,
- rozjaśnianie i przywracanie blasku,
- poprawa elastyczności, jędrności i gładkości skóry,
- nawilżanie,
- odżywianie.

Jak widać jest to kosmetyk multifunkcyjny, u mnie najbardziej widać efekt oczyszczenia i wygładzenia skóry oraz powiedziałabym, że poprawa elastyczności. 




Od góry:
- żel peelingująco - wygładzający,
- peeling enzymatyczny,
- oczyszczanie 3 w 1.

Zabierając się za tego posta miałam na celu przedstawienie trzech lubianych przeze mnie produktów. Tak się złożyło, że są to produkty tej samej firmy (dlatego wrzuciłam je do jednego posta) i żeby nie było, że ktoś mnie posądzi o nieszczere recenzje - 2 z 3 opisywanych kosmetyków kupiłam sama a peeling enzymatyczny jak wspominałam towarzyszył mi od dawna a nawet ponawiałam jego kupno.

W wielkim skrócie na podsumowanie - produkty peelingujące o delikatniejszej formie niż typowe peelingi z drobinkami. Dla mnie nie do codziennego stosowania a raczej do używania co 3-4 dni. Używam na przemian. W żaden sposób mnie nie podrażniły, ładnie wygładzają skórę i są świetnym uzupełnieniem mojej codziennej pielęgnacji. Polecam :)

Napiszcie czy je znacie, czy używacie i czy lubicie.

Ps. O moim naj, najlepszym peelingu ever możecie przeczytać tutaj: KLIK.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...