niedziela, 28 września 2014

Multifunkcyjny żel oczyszczający Under 20 - recenzja.

Całkiem niedawno zawitała do mnie przesyłka z nowościami od Lirene i Under 20. Radość oczywiście była ogromna - jak na święta :) Wszystko razem prezentowało się tak:


Większość kosmetyków od razu przykuła moją uwagę i nie zwlekając zabrałam się do solidnego ich używania. Jednym z pierwszych produktów, po który sięgnęłam był multifunkcyjny żel micelarny Under 20.


Przyznam, że nie jestem zwolenniczką wielofunkcyjnych kosmetyków, jakoś wolę używać wszystkiego po kolei bądź używać kosmetyków o konkretnym zastosowaniu wtedy, kiedy mam na to ochotę lub czuję potrzebę.

Żel przeznaczony jest do cery trądzikowej, ja takiej już nie mam ale dałam mu szansę w zastosowaniu jako żel oczyszczający twarz oraz produkt do demakijażu.

Dodatkowe funkcje kosmetyku to żel do masażu, maseczka i serum na dekolt i plecy. Produkt zawiera składniki aktywne - wyciąg z żurawiny, wyciąg z soczewicy i salicylan, działa antybakteryjnie, odblokowuje pory, redukuje produkcję sebum i oczyszcza twarz z zanieczyszczeń.



Opakowanie to tradycyjna tubka stojąca do góry nogami, nie jest sztywna więc łatwo z niej aplikować. Wizualnie opakowanie wygląda młodzieżowo - energetyczny kolor i trochę chaosu czyli jak przystało na kosmetyk dla tej grupy wiekowej. Pojemność - 150 ml. Żel ma żółtawy kolor, zawiera pomarańczowe, drobne granulki, które przy używaniu szybko pękają (razem tworzą owocowy, świeży widok) . Nie jest lejący więc produkt nie ucieka nam przez palce (choć spotkałam się z odmienną opinią, z którą się nie zgadzam). Zapach jest dość intensywny, cytrusowy, jakby ciut chemiczny ale nie odpychający a dla mnie całkiem przyjemny :)



Kosmetyk jako żel do mycia twarzy sprawdza się świetnie. Ładnie i delikatnie ją oczyszcza bez żadnego podrażnienia. Nie pieni się. Jest bardzo wydajny, wystarczy niewielka ilość do jednorazowego, dokładnego oczyszczenia twarzy. Myjąc ją wieczorem po uprzednio wykonanym demakijażu zawsze doczyszczam jeszcze oczy żelami i niektóre nie zawsze okazują się być wystarczająco delikatne. Jednak podczas mycia opisywanym kosmetykiem nie odnotowałam ani razu najmniejszego szczypania czy podrażnienia o czym więcej za moment. Ogólnie jestem z niego bardzo zadowolona i pomimo, że nie jestem od dawna nastolatką to myślę, że po zużyciu tego opakowania jeszcze u mnie w przyszłości zawita.

Zanim jednak użyłam żelu jako żelu do mycia to przetestowałam jego funkcję demakijażową i jej byłam najbardziej ciekawa :) 

Wyciśnięta porcja kosmetyku na wacik wiadomo - nie za bardzo chciała się wchłonąć i właściwie nie  maziamy oczu nawilżonym wacikiem a samym żelem za jego pomocą. Być może nie przeszkadzałoby to zwolenniczkom mleczek do demakijażu ale ja właśnie za taką formą nie przepadam, preferuję płyny. Kosmetyk jednak o dziwo całkiem dokładnie zmył makijaż razem z tuszem. Uzyskanie tego efektu zajęło mi nieco więcej czasu niż przy używaniu płynu do demakijażu. Myślę też, że płyny są znacznie bardziej wydajne w tej dziedzinie. Nie odczułam podczas stosowania żadnego szczypania, również mnie w żaden sposób nie podrażnił (czyli podobnie jak w przypadku używania go w formie żelu do oczyszczania twarzy). Podsumowując - żel swoją funkcję jako produkt do demakijażu jak najbardziej spełnił ale nie jest to lubiana przeze mnie forma pozbywania się makijażu.

Zastanawiałam się w międzyczasie w jaki sposób produkt działa peelingująco nie zawierając twardych drobinek. Może na zasadzie w jaki działają peelingi enzymatyczne. Mam w tym miejscu na myśli kolejne zastosowanie kosmetyku z jego listy, która go określa jako multifunkcyjny.

Z tyłu opakowania znajdziemy instrukcję w jaki sposób stosować żel przy jego poszczególnych funkcjach.

Myślę, że gdybym nie dostała tego żelu do przetestowania (za co dziękuję firmie) to nie sięgnęłabym po niego w sklepie. Tym bardziej się cieszę z tej możliwości bo odkryłam produkt, do którego na pewno wrócę. Pomimo, że wykorzystuję go tylko w jednym celu to jest całkowicie wart swojej uwagi.


Jakie produkty preferujecie do zmywania makijażu i mycia twarzy? U mnie od wielu wielu miesięcy królują płyny micelarne a produkty do oczyszczania twarzy najczęściej zmieniam za każdym razem, wracając od czasu do czasu do tych ulubionych i sprawdzonych.


piątek, 12 września 2014

Eveline serum do rzęs 3 w 1. Opowieść.

Te osoby, które czytują mojego bloga powinny już wiedzieć, że mam liche rzęsy. Są jasne, nie podwinięte, rosną częściej w dół niż zalotnie w górę i mogłyby być również gęstsze. Rzadko trafiam na tusz, który w miarę ale to takie "naciągnięte w miarę" wizualnie te rzęsy ulepszy. Nie jestem maniaczką poszukiwania cudownego dla mnie produktu, który ten stan odmieni. Chyba po prostu jestem pogodzona z tym co mam.

Kilka dni temu jednak natknęłam się na YT na filmik, w którym osoba wzbudzająca moje zaufanie polecała serum/bazę Eveline - Advance Volumiere. Czym prędzej poleciałam ją zakupić. Najbardziej kosmetyk zaintrygował mnie pod względem potencjalnego wydłużenia rzęs przy zastosowaniu - pod tusz.

Produkt nie drogi - ja zapłaciłam 14.50 zł za 10 ml. Wyglądem przypomina opakowanie tuszu z tym, że jest białe - tak jak kolor samego kosmetyku :) Ogólnie estetycznie bardzo mi się podoba - widać od razu, że mamy do czynienia z pielęgnacją.




Serum jest w formie pasty nieco rzadszej od tej, w jakiej występują tusze do rzęs. Aplikator silikonowy o kilku rzędach drobno usianych, dość krótkich wypustek. Takie lubię najbardziej. Ładnie rozczesuje rzęsy i nie skleja ich przez nałożenie nadmiernej porcji kosmetyku.


Póki co jestem więc ze wszystkiego zadowolona. Przystępując do pierwszego zastosowania kosmetyku byłam niesamowicie ciekawa efektu jaki przyniesie. Serum ładnie osiadło na rzęsach i dość szybko wyschło co jest plusem bo nie przedłuża nam procesu wykonywania całego makijażu. Rano często każda minuta jest na wagę złota. Wykonując makijaż przy niemowlaku w dzień - również :) 

Zauważyłam w tym momencie, że post niechcący przyjął formę opowieści. Niech będzie, kontynuuję więc pisanie w tym nurcie :) Po aplikacji serum, ciekawość końcowego rezultatu wzrosła jeszcze bardziej bo samo w sobie nie robiło jeszcze żadnego efektu na moich jasnych rzęsach. Najbardziej obawiałam się, że rzęsy po wytuszowaniu przemienią się w mocno posklejane kikuty. Tak dość często u mnie bywa gdy tusz aplikuję w kilku warstwach. Nic jednak z tego. Byłam w dalszym ciągu całkowicie zadowolona. Rzęsy po nałożeniu tuszu się nie skleiły i autentycznie widać było efekt wydłużenia jak i pogrubienia i dodatkowo jeszcze lekko się uniosły.

Tak szczerze wam powiem, że stosuję to serum od około tygodnia i dzień w dzień nie mogę uwierzyć, że rezultat jest tak bardzo dla mnie pozytywny. Dawno ale to dawno żaden kosmetyk do rzęs nie przekonał mnie tak do siebie jak właśnie ten. 

Mając świadomość, że serum powinno jeszcze stymulować wzrost samych rzęs jego używanie robi się tym bardziej przyjemne. 

Kosmetyk ma 3 zastosowania - jako baza pod tusz oraz odbudowujące serum i aktywator wzrostu rzęs. Mnie najbardziej interesowała baza i jaki rezultat przyniesie po użyciu serum pod tym kątem. W tym poście dlatego nie piszę jeszcze o rezultacie długotrwałego stosowania pod kątem przyrostu i regeneracji rzęs. Jeśli taki efekt przyniesie to na pewno o tym dam wam znać w przyszłości. 

Dochodzimy do najciekawszej zapewne części postu czyli wizualnych rezultatów aby do końca was przekonać o tym, o czym piszę :) Ponieważ jak pisałam rzęsy me liche to nie oczekujcie spektakularnej metamorfozy moich "falban" ale jak przyjrzycie się uważnie to jestem pewna, że różnicę zaobserwujecie :)


Tak wyglądam z naturalnymi rzęsami :)


Na lewym oku (patrząc na zdjęcie) nałożone serum.


Przy lewym oku, na rzęsach którego jest serum, włoski wychodzą poza załamanie powieki - na prawym oku, bez serum wystają poza załamanie tylko pojedyncze włoski.


Efekt ewidentnie widoczny na tym zdjęciu - lichy ale na moje możliwości dla mnie niesamowity :)


Na tym zdjęciu widoczne zagęszczenie rzęs.


Do testów użyłam tuszu Max Factor Clump Defy.

Podsumowanie musi być. Wiem, że nie mogę wydawać opinii jakby kompletnej o produkcie bo nie znam jego możliwości pod względem pielęgnacyjnym i regenerującym. Ja jednak jak pisałam kupiłam go przede wszystkim dla efektu ulepszenia rzęs pod względem wizualnym i jestem z niego całkowicie zadowolona i pozytywnie zaskoczona. 

Napiszcie co myślicie o tym produkcie, czy go znacie i jak podoba wam się lub nie efekt na moich oczach :)

PS. Moje rzęsy są liche i takie już zapewne pozostaną ale zobaczcie same, jaką rekompensatę za to dostałam od mojego dziecka... Posądzą mnie o używanie Revitalash na niemowlęciu. 



Pa!






sobota, 6 września 2014

Soczysta malina na ustach od Catrice.

W ostatnim czasie wpadło w moje ręce kilka nowych produktów do ust. Era delikatnych błyszczyków minęła jak i moda na usta "nude". Oczywiście nadal takie rozwiązania nie są obciachowe czy zakazane lecz obecnie bezwzględnie na ustach rządzi kolor.

Pewnego dnia mąż mój jechał na większe zakupy. Ja w cudowny sposób przywiązana do niemowlęcia zostałam grzecznie w domu. Poprosiłam go aby "na pocieszenie" (to jest moja wymówka na każdy mniej potrzebny zakup) kupił mi coś drobnego, jakiś błyszczyczek lub coś. Jeśli błyszczyk to w kolorze malinowym a jak nie wie jaki to, to niech zapyta panią sprzedawczynię. Mąż błyszczyk kupił, pani w Naturze pomogła :)

Pierwszy rzut oka - Catrice. Fajnie, spodziewałam się Essence albo czegoś jednak tańszego. Otwieram tubkę - cudowna malina! Liczyłam na bardziej brokatowy, nie dający zbytnio koloru produkt. Maziam po ustach - wow! Efekt niesamowity. Ale po kolei :)


Błyszczyk (choć ja bym go tak nie nazwała) występuje w bodajże 6 odcieniach, ja mam kolor 050 "Megan Fuchsia". W czarnym opakowaniu (nie widać zużycia, co dla kogoś mogłoby być minusem) dostajemy 6 ml produktu. Grafika na opakowaniu - kwestia indywidualna, dla mnie mogłaby być przyjemniejsza. Opakowanie bardziej kojarzy mi się z tuszem do rzęs. 




Aplikator jest delikatnie przekrzywiony, przyjemnie się go używa. Jego wygląd nie różni się prawie niczym od większości podobnych aplikatorów stosowanych w błyszczykach. 



Bajka zaczyna się jednak dopiero w środku. Jak napisałam wyżej osobiście produktu nie nazwałabym błyszczykiem, kojarzą mi się one bowiem z bardziej szklistym, lśniącym wykończeniem i charakteryzują się większą lub mniejszą transparentnością koloru. W produkcie Catrice natomiast odnajdziemy niesamowitą, soczystą pigmentację w delikatnym, kremowym wykończeniu. 

Konsystencja kosmetyku jest kremowa, nie lejąca. Jego aplikacja na ustach należy do przyjemności, bardzo ładnie je pokrywa ukazując błyskawicznie moc koloru. Jak pisałam błyszczyk nie jest typowym, lśniącym produktem a jednak nadaje ustom swoistego, subtelnego blasku. Jest trwały, utrzymuje się na ustach do kilku godzin. Nie podkreśla suchych skórek i nie wysusza ust. Na prawdę jestem nim obecnie zachwycona!

Było mi niezwykle trudno wydobyć na zdjęciach jego prawdziwy, piękny kolor. Nie udało mi się to do końca jednak przedstawię wam swatch na dłoni taki, jaki wyszedł oraz jak wygląda na moich ustach. 


 


Pojemność błyszczyka to 6 ml, cena (chyba) regularna - 20,99 zł i naprawdę uważam, że jest tej ceny wart. 

Jak pisałam na samym początku przybyło mi ostatnio kilka nowych produktów do ust i żaden mnie tak nie zachwycił jak opisywany od Catrice. Wyjątkowo przypadł mi do gustu i jak najbardziej wam go polecam! 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...