wtorek, 9 sierpnia 2016

Ujędrniające serum z pyłkiem opalizującym Dr Irena Eris.

Robiłam ostatnio przegląd moich kosmetycznych zapasów i wyciągnęłam na wierzch do niezwłocznego używania te, których termin ważności zbliżał się wielkimi krokami. Pośród nich było między innymi dzisiaj omawiane przeze mnie serum. Sama nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam z jego otwarciem, jedno jest pewne - na szczęście ten moment nadszedł i żałuję, że nie dobrałam się do niego wcześniej.



Co mówi o produkcie producent

Wyciąg z wiśni i imbiru, ekstrakt olejowy z ryżu, Wit. E, pyłek opalizujący, ujędrnienie, piękny koloryt, relaks. Poczuj magię japońskiego Spa i oddaj swoje ciało ceremonii relaksu i zapomnienia. Delikatna konsystencja serum otuli cię miękkością ulotnego jedwabiu, a subtelny zapach obdarzy miłym nastrojem. Dobroczynna moc japońskiej aury połączona z intensywnym działaniem składników aktywnych zapewnią właściwe nawilżenie i natłuszczenie skóry poprawiając jej elastyczność, napięcie i jędrność. Innowacyjna kompozycja składników o działaniu lekko opalizującym nada jej zdrowy, piękny koloryt.



Opakowanie
 
Serum znajduje się w opakowaniu typowym dla maseł i dodatkowo zamknięte jest w kartonowym, dość eleganckim opakowaniu co sprawia, że nie wygląda na produkt typowo drogeryjny. Kolorystyka wszystkiego jest ograniczona do bieli i różu plus srebrne wieczko słoika. Całość wygląda bardzo delikatnie, przyjemnie dla oka i nie tanio.


Konsystencja

Serum ma specyficzną konsystencję i formułę, nie jest to ani do końca krem ani żel, coś pomiędzy. Nie jest też to produkt gęsty ale przez palce absolutnie się też nie przelewa. Jego konsystencja jest taka, że swobodnie gdy nałożymy porcję na dłoń to w takiej ilości nie zacznie ona spływać ale gdybyśmy przechylili otwarte opakowanie na bok to zawartość po chwili by jednak powoli wyleciała. 
Kosmetyk jest delikatny, świetnie się rozprowadza i ekspresowo wchłania nie pozostawiając żadnego filmu na skórze a jedynie uczucie nawilżenia.



Działanie

Kosmetyk pomimo wyglądu opakowania nie jest masłem, a właśnie z takimi "słoikami" one nam się kojarzą. Sera natomiast faktycznie chyba najczęściej mają postać żelową lub wodnistą, podobnie jak omawiany produkt. Przyznam, że pierwszy raz mam do czynienia z serum do ciała, wcześniej stosowałam jedynie te na twarz.

Zacznę od działania ujędrniającego, które obiecuje nam producent i przyznam, że u mnie takiego nie odnotowałam. Wydaje mi się, że po pierwsze mojej skórze widoczne ujędrnienie przyniesie tylko ewentualne połączenie diety i ćwiczeń a jeśli już miałabym faktycznie coś zauważyć, to musiałabym serum naprawdę regularnie używać. Ja natomiast latem zamiennie stosuję różne kosmetyki.

Nie jestem jednak rozczarowana powyższym faktem, bo od początku podeszłam do niego od innej strony. Miał być to produkt luksusowy, który da mojej skórze nawilżenie, blask i otuli przyjemnym zapachem. Latem skórę typowo nawilżam głównie wieczorem, z rana natomiast lub przed wyjściem z domu lubię nałożyć coś pachnącego i mieniącego się bo przecież wiecie, że to uwielbiam. A jeśli nie to zapamiętajcie :)

Serum Dr Irena Eris pomimo nieobiecującej formuły dość ładnie nawilża skórę, na pewno nie pozostawia jej ściągniętej. Zawiera w sobie opalizujący pyłek i faktycznie krem opalizuje na różowo, wygląda pięknie. Nadaje skórze delikatnej poświaty. Zawarte w nim drobinki a raczej pyłek dodatkowo podbijają efekt blasku. Drobinki są maleńkie a efekt jaki pozostawiają na skórze całkowicie subtelny. Serum jest wg mnie idealnym kosmetykiem do stosowania w porze letniej, uwielbiam rozpoczynać poranki nakładając na ciało cudownie pachnące kosmetyki z drobinkami a uwierzcie, mam ich cały arsenał. Będzie też świetnie się sprawdzał używany przed ważniejszymi wyjściami, imprezami, weselami. Myślę, że większość młodych panien poszukując idealnego zestawu kosmetyków na ten najważniejszy dla nich dzień może pokusić się właśnie o to serum jeśli chodzi o zestaw pielęgnacyjny.

Zapach, kolor

Kolor jak już wspomniałam i co widać na zdjęciu to rozbielony róż, gołym okiem widać w serum  zatopiony pyłek opalizujący i drobinki. Całość wygląda bogato i wytwornie.

Zapach serum to inny rozdział tej samej, dobrze kończącej się bajki (bajki chyba nie kończą się w sumie nigdy niedobrze). Ja jestem trochę lewa w określaniu zapachów ale ten jest zdecydowanie perfumowany, nie przypomina mi on żadnego zapachu kosmetyków drogeryjnych a bardziej balsamy, które można kupić razem z perfumami. Zamknęłabym go w słowie "elegancki" i pasujący do całej reszty pozytywnych cech tego produktu.



Wydajność

Serum poprzez lekką konsystencję jest bardzo wydajne.

Pojemność, cena

200 ml, ok 80 zł.

Podsumowanie

Lekki stres zawładnął mną w tym momencie ponieważ przejrzałam trochę internet i mam wrażenie, że serum nie jest już dostępne w regularnej ofercie... Wpis zatem wydaje się być bezzasadny. Jednak ponieważ dla mnie napisanie jakiegokolwiek posta można obecnie porównać do brnięcia pod prąd poprzez mieszaninę wichury, śnieżycy i ulewy - trwa to długo i jest trudne ale jednak ostatecznie dociera się do celu. Zostawię go zatem w tym miejscu mojego bloga ku pamięci tego produktu. Być może można go jeszcze jednak gdzieś dostać. Wiem, że kosmetyk był dostępny w Douglasach, sklepach wolnocłowych na lotniskach a ostatnio też pojawiły się szafy Dr Ireny Eris w Rossmannach.

Podsumowując jednak sam kosmetyk - jak widzicie jego cena nie jest niska ponieważ jest to już produkt luksusowy. Na pewno nie jest to rozwiązanie dla większości z nas na co dzień ale będzie (lub był :( ) dobrym pomysłem na elegancki i wyszukany kosmetyk, który możemy komuś podarować, idealnie też sprawdzi się w dniu ślubu dla panny młodej. Mnie on zauroczył ale jak się okazuje - chyba za późno... Chciałam zakończyć posta z fajerwerkami a tymczasem odczuwam zgryzotę.

Nie bierzcie ze mnie przykładu - jak nowe kosmetyki wpadają wam w ręce to nie zwlekajcie z ich recenzjami do samego końca.



środa, 3 sierpnia 2016

Kolorowe paznokcie nr 18. Semilac + Indigo by Natalia Siwiec.

Dzisiaj post króciutki, mam nadzieję inspirujący.

Manicure hybrydowy robi obecnie w Polsce furorę i wcale się temu nie dziwię. Jest to idealne rozwiązanie dla między innymi wiecznie zajętych mam ale nie tylko. Trwałość efektu i łatwość wykonania nie podlega żadnym argumentom na "nie". Oczywiście zawsze zdarzają się wyjątki wykluczające używanie hybryd - np. uczulenie ale myślę, że większości nam one służą.

U mnie szczęśliwie hybrydy nie wpływają negatywnie na płytkę paznokcia. Owszem, zauważyłam, że pod koniec dwóch tygodni kiedy je noszę końcówki bywają uszczerbione (minimalnie) ale takie paznokcie zawsze miałam więc na pewno to nie jest sprawka lakierów. Zdecydowanie za to pomaga im we wzroście, co szczególnie uznaję jako wielki plus gdyż nigdy nie byłam w stanie zapuścić ich w naturalny sposób.



W dzisiejszym poście chciałam wam pokazać moją aktualną, określę to - stylizację. Być może spodoba wam się i spróbujecie takiego rozwiązania kolorystycznego na swoich paznokciach.

Użyłam lakierów:
- szary Semilac Stylish Gray 105
- złoty brokatowy Semilac Gold Disco 037
- blady róż Indigo by Natalia Siwiec Olala





Stylish Gray jest idealnie napigmentowanym lakierem, którego jedna warstwa pięknie i równomiernie pokrywa płytkę paznokcia. Druga warstwa może być położona dla komfortu psychicznego.

Warstw Gold Disco nakładamy zależnie od tego, jaki chcemy uzyskać efekt, u mnie są 3 cienkie warstwy.

Olala Indigo to jeden z kolekcji 10 lakierów pastelowych sygnowanych przez Natalię Siwiec. Ja posiadam 5 odcieni, które są owszem - piękne ale niestety trochę się smużą i nawet przy 3 warstwach nie zawsze uda się równomiernie pokryć płytkę paznokcia. Być może wynika to z mojego braku profesjonalizmu ale przy poprzednim manicure, gdzie każdy paznokieć był pomalowany innym kolorem pasteli problem ten występował na prawie każdym z nich. Według mnie więc mają swój minusik.

Nie przedłużając  - zobaczcie sami jak wygląda manicure na zdjęciach.

Bardzo proste, dość efektowne a jednocześnie subtelne rozwiązanie na co dzień.






wtorek, 26 lipca 2016

Gładka skóra z kremami do depilacji Veet Silk & Fresh - prawda czy mit?

Na blogu pojawiły się ostatnio recenzje kosmetyków, których używanie szczególnie latem nabiera innego znaczenia. Była mowa o dezodorantach (Nivea i Garnier) i samoopalaczu Lirene a dzisiaj przedstawię wam 2 nowości firmy Veet - krem do depilacji skóry i krem do depilacji skóry pod prysznic, które mogłam przetestować dzięki portalowi Ofeminin.



Zacznijmy od tego, że z kremem do depilacji miałam do czynienia podobnie jak w przypadku samoopalaczy chyba jedyny raz w życiu i to tak dawno, że nawet nie pamiętam kiedy. Jestem od lat wierna "jednorazowym" maszynkom. Nie mogłam się zatem oprzeć kolejnemu zmierzeniu się z inną formą wykonywanej u mnie w ten sam sposób od lat czynności.

Jak obydwa kremy się u mnie sprawdziły? Zapraszam do dalszej części posta.

INFORMACJE OD PRODUCENTA

Doznaj jedwabistej gładkości skóry i poczuj przyjemny zapach nowego kremu do depilacji Veet z formułą Silk & Fresh. Nowy krem Veet skutecznie depiluje i nawilża Twoją skórę aż do 24 godzin, a dzięki nowej technologii nie pozostawia nieprzyjemnego zapachu. Poczuj przyjemność podczas depilacji.


OPAKOWANIE

Krem do depilacji otrzymujemy w kartoniku, w którym znajduje się tubka oraz wyprofilowana szpatułka, za pomocą której kosmetyk nakładamy oraz usuwamy. Tubka jest bardzo elastyczna co ułatwi nam całkowite zużycie produktu.

Krem do depilacji pod prysznic znajduje się w opakowaniu kartonowo - plastikowym (nie wiem jak dokładnie ten duet określić), w którym się mieści tuba kremu oraz mini gąbeczka ze zwykłą powierzchnią z jednej strony i szorstką z drugiej. Plastik tubki jest troszkę mniej elastyczny.

W obydwu przypadkach większość informacji dotyczących obostrzeń co do używania kremu, instrukcji przeprowadzenia zabiegu i ogólnych informacji o kosmetykach znajduje się na załączonych kartonowych opakowaniach.




KONSYSTENCJA

Krem do depilacji pod prysznic jest bardziej zwarty od tradycyjnego, (a ten jest idealnie kremowy i przyjemny). Jest to zrozumiałe gdyż musi "stawić opór" wodzie pod prysznicem. Jest go ciężej usunąć ze skóry stąd chyba pomysł na starcie go gąbką, która faktycznie dawała temu radę.

Wersja pod prysznic .

Klasyczna wersja.



DZIAŁANIE

Jako pierwszy przetestowałam tradycyjny krem do depilacji. Producent nas zapewnia, że wystarczy jedynie maksymalnie 10 minut aby nasza skóra stała się jedwabiście gładka. Należy jednak do tego czasu oczywiście dołożyć czas aplikacji i usuwania kremu z ciała, co przedłuża cały zabieg o kolejne minuty. U mnie testowanie odbyło się na nogach.

Krem na jedną nogę nałożyłam zgodnie z instrukcją załączoną szpatułką. Aplikacja była przyjemna jednak nieco czasochłonna dlatego produkt na drugą nogę zdecydowałam się normalnie rozsmarować ręką, którą po nałożeniu szybko umyłam. Odczekałam około 7, 8 minut zanim sprawdziłam na kawałku nogi czy skóra już jest pozbawiona włosków. U mnie tyle czasu wystarczyło.

Krem ściągnęłam szpatułką ale przyznam, że czynność ta znowu zabrała trochę czasu. Szpatułkę należy co chwilę oczyszczać, najlepiej np. ręcznikiem papierowym bo zmywanie jej jest dość oporne.

Noga, na której krem nakładany był szpatułką okazała się być idealnie gładka. Nie zauważyłam ani jednego nieusuniętego włoska. Druga natomiast nie została całkowicie wydepilowana i winą za ten stan obarczam sposób aplikacji. Myślę, że nie do końca była to kwestia nakładania lub nie kremu za pomocą szpatułki a różnica w warstwie samego kosmetyku na nodze, nakładana ręką była nieco cieńsza. Pamiętajcie dlatego, jeśli chcecie aplikować krem dłońmi to nie żałujcie go i nałóżcie solidną warstwę. Ogólnie jednak rezultatem byłam zachwycona.

Krem pod prysznic mnie zdziwił od samego początku. Już na logikę pomyślałam czy aby na pewno jest to dobre rozwiązanie, czy ma ono sens i czy faktycznie przyspieszy zabieg depilacji.

Instrukcja użycia mówi, że najpierw należy nałożyć krem na depilowane miejsca, następnie musimy odczekać 2 minuty i dopiero wejść pod prysznic. Będąc już pod wodą przez 3 minuty unikamy kierowania jej strumienia na depilowane miejsca (co w przypadku nóg wydaje się wręcz niemożliwe) i po tym czasie kolejne 5 minut czekamy aż krem będzie gotowy do usunięcia.

Wg mnie to rozwiązanie jest przekombinowane. Nie wyobrażam sobie stać pod prysznicem i w jakiś sposób odliczać kolejne minuty do następnej fazy zabiegu, tym bardziej, że prysznic kojarzy mi się z preferowaną przez większość szybkością umycia ciała.

Produkt jednak przetestowałam. Nakładanie go gąbką było szybsze niż w przypadku szpatułki ale równie precyzyjne. Tym razem nie skusiłam się na nakładanie rękoma. Nie udało mi się za bardzo uniknąć strumienia wody na nogach przez sugerowane 3 minuty. Po mniej więcej 10 minutach od nałożenia usunęłam krem zalecaną stroną gąbki. Efekt wydawał się być identyczny jak w przypadku poprzedniej wersji jednak dopiero po wysuszeniu nóg okazało się, że sporo włosków na nich pozostało. Od samego początku byłam sceptyczna temu rozwiązaniu i rezultat mnie również utwierdził, że nie polubiłam się do końca z tym produktem. Dodam, że usuwanie kremu pod prysznicem ma ten mankament, że nie od razu stwierdzimy rezultat, ponieważ jest od dopiero dokładnie widoczny, gdy osuszymy skórę.

Obydwa kosmetyki nie było łatwo z nóg usunąć, mam na myśli ich resztki, których nie zgarnęła szpatułka albo gąbka. Stawiały opór strumieniowi wody i musiałam je ostatecznie delikatnie zetrzeć.

Żaden z nich w żaden sposób mnie nie podrażnił, nie uczulił i nie odczuwałam żadnego pieczenia podczas całego procesu zabiegu.

Efekt gładkich nóg utrzymywał się u mnie ok 3 dni - nieco dłużej niż w przypadku klasycznej depilacji maszynką. Nawilżenie zaraz po zakończeniu procesu było faktycznie zauważalne, skóra nie była wysuszona ani ściągnięta.




ZAPACH, KOLOR

Kremy mają biały kolor.  Producent mówi, że nie pozostawiają nieprzyjemnego zapachu. Nie zgodzę się z tym bo choć faktycznie z daleka krem nie drażni naszego nosa to bliżej czuć jego specyficzną, nieprzyjemną woń. Po usunięciu kremu i nałożeniu dodatkowej warstwy nawilżenia używając innego kosmetyku zapach zanika.

WYDAJNOŚĆ

Niestety kremy nie są wydajne. Każdy wystarczy na około 2 - 3 zabiegi.

POJEMNOŚĆ, CENA

Krem do depilacji klasyczny - 100 ml, ok 17 zł.
Krem do depilacji pod prysznic - 135 ml, ok 26 zł.

PODSUMOWANIE

Skupię się w podsumowaniu jedynie na klasycznym kremie do depilacji jako, że ten pod prysznic mnie nie zachwycił i go nie polubiłam.

Myślę, że na co dzień pozostanę jednak przy moim utartym rozwiązaniu usuwania włosków czyli używanej przeze mnie przez lata jednorazowej maszynce. Jestem już tak wprawiona w tej kwestii, że depilacja zajmuje mi znacznie mniej czasu niż ta przy użyciu kremu plus jest to również zdecydowanie tańsza opcja. Krem Veet natomiast będzie znakomitym rozwiązaniem przy szczególnych okazjach. Dlaczego? Ponieważ da mi gwarancję całkowicie gładkich nóg, nawilżonej skóry i co najważniejsze - braku niechcianych zacięć lub podrażnień spowodowanych często zbyt szybką depilacją przy użyciu maszynki.

Moja przyjaciółka od dawien dawna z kolei namawia mnie na depilator. Napiszcie w komentarzach jaka jest wasza preferowana forma depilacji i dlaczego. Czy wiele z was używa kremu do depilacji lub depilatora czy jak ja najczęściej jednorazowych maszynek?




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...