Bullet Journal 2018, podsumowanie starego roku, plany na nowy.

Bullet Journal 2018, podsumowanie starego roku, plany na nowy.

Witajcie! Czuję się, jakbym wracała po 2 latach przerwy do was, zdecydowanie za długo mnie tu nie było. Czas mi przelatuje jak woda przez palce. Nadmiar obowiązków ale jednocześnie ich rutyna czasami powodują, że pomimo, że mam cele i plany to brak mi momentami entuzjazmu i energii potrzebnych do ich realizacji. Ale ja jestem taka, że milion razy "upadam" po czym milion pierwszy raz ponownie zabieram się do działania.


Jak mi minął zeszły rok, co się u mnie zmieniło... 2017 był rokiem pewnych zmian. Przede wszystkim pod koniec 2016 roku zakończyłam współpracę z moim byłym zakładem pracy. Fakt ten przyczynił się znacząco do podjęcia przeze mnie decyzji o próbie założenia działalności gospodarczej co się udało zrealizować. Postanowiłam w tym momencie życia spróbować swoich sił i zacząć robić to co najbardziej kocham i czym się pasjonuję czyli wizażem. Dodatkowo ukończyłam kurs przedłużania rzęs i od kilku dobrych miesięcy również tym się zajmuję :) Każdy kto otwiera działalność wie, że początki nie są łatwe. Trzeba wykazać się wysoką samodyscypliną i pracowitością, znaleźć lub wywalczyć miejsce obok sporej konkurencji. Także w 2017 roku - zostałam businesswoman ;)

Prywatnie z kolei nie udało mi się osiągnąć pewnego znaczącego dla mnie celu, który miał się rozwiązać pod koniec roku. Ale sprawa nadal jest w toku i od mojej pracowitości i zaangażowania zależy, kiedy ten moment nadejdzie. Ogólnie 2017 rok poza tym powyższym był względnie sprzyjający. Mnie i malutką oraz najbliższych ominęły poważniejsze choroby, przybył nam na świat nowy członek rodziny, dalej jestem tutaj, piszę do was i mam nadzieję, że jeszcze wiele, wiele przede mną. Pomimo tego, że w środku mnie samej jest niewypełniona dziura, luka, przestrzeń, pustka to mam w sobie nadzieję, która mnie w niewidoczny sposób pcha do przodu.

Nie mogę nie wspomnieć w podsumowaniu roku o moim dziecku, Pucia latem będzie już miała 4 lata! Jest przebojową, upartą, charakterną, zdrową i śliczną dziewczynką. Widzę w niej nie tylko przebłyski ale sporą dawkę odziedziczonego po mnie charakterku i raz załamuję ręce w związku z tym a raz pękam z dumy :) To istna diva i drama queen! Moje serce. Mój motywator i bariera przed staczaniem się w dół.

Pisząc o swoim dziecku od razu przychodzą mi na myśl maleństwa, które również przybyły na świat u innych blogerek w zeszłym roku. To jest takie pozytywne, że każda z nas lub wiele z nas od lat obserwuje się wzajemnie gdy wychodzimy za mąż a potem pojawiają się dzieci, zmieniają się nasze priorytety, przewartościowujemy wiele kwestii.

Najmniej korzystnie ze wszystkiego chyba wychodzi mi podsumowanie roczne na blogu (tu emotka śmiech przez łzy). Postów nie było tyle co planowałam, zabrakło mi wielu tematów i blog nie wyglądał tak, jakbym sobie tego sama życzyła. Wiecie, mi nie zależy na świetnym szablonie, na statystykach choć oczywiście - to wszystko jest przyjazne dla oka oraz motywujące i dodające powera ale zależy mi aby ten blog żył, żeby wracały do niego osoby identyfikujące go z moją osobą. Osoby, które tutaj czują się dobrze, znajdą treści dla siebie, będą się z nimi utożsamiać bądź dyskutować.

Moim założeniem na nowy rok jest więc między innymi aby blog przestał być już tylko katalogiem z recenzjami pojedynczych produktów ale poszerzał swoją tematykę, aby pojawiła się różnorodność nawet w tych kosmetycznych tematach bo jednak to była i będzie główna jego tematyka. Chciałabym wprowadzić trochę lifestylu. Jak wyjdzie - zobaczymy. Ja zawsze jestem dobrej myśli, lub najczęściej.

Dobra, przechodzimy do obecności i przyszłości.

Jeśli chodzi o moje prywatne plany to tym razem nie chcę niczego deklarować. Głównie chcę się skupić na osiągnięciu mojego prywatnego celu, o którym pisałam powyżej. Poza nim chcę po prostu dawać sobie radę z codziennością, czerpać z każdego dnia przyjemność, dawać radę obowiązkom i problemom, które na pewno czasami się będą pojawiać. Bardzo bym chciała przestać marnować resztki wolnego czasu, który posiadam i w tym na pewno pomoże mi raz - organizacja codzienności i dwa - dyscyplina w realizowaniu codziennych założeń.


W zeszłym roku zaczęłam prowadzić Bullet Journal, który stał się w blogosferze i nie tylko bardzo popularną formą organizacji swojego czasu i planowania. Obecnie swój prowadzę w zeszycie Memo Book. Niestety poprzedni BJ zgubiłam a raczej zostawiłam na pastwę losu w pociągu relacji Sosnowiec - Szczecin. Ja, która zawsze gdy opuszcza "obce" miejsca sto razy się rozgląda i zagląda do wszelakich zakamarków czy nic nie zostawiłam - tym razem w pięknym stylu zapomniałam o całym rytuale i zapomniałam go zabrać z kieszonki siedzenia znajdującego się przede mną.


W dzisiejszym poście w połączeniu z podsumowaniem roku, chciałabym wam pokazać moją nową rozpiskę w Bullet Journal na 2018 rok. Dajcie koniecznie znać jak to jest u was z organizacją czasu. Czy potrzebujecie pomocników w postaci BJ, plannerów bądź kalendarzy? Czy jesteście z tych osób, które sama myśl o rozpisywaniu sobie dni lub tygodni z miejsca irytuje.



Nowy rok w Bullet Journal zaczynam zawsze od tzw. future log, czyli rozpiski ogólnej pozwalającej nam zapisywać istotne daty, wydarzenia na nadchodzące miesiące. Gdy dany miesiąc w roku nadchodzi, przenosimy te wydarzenia do typowej już rozpiski miesięcznej. U mnie - zdecydowanie pomocne w przypadku np. - wizyt lekarskich, wydarzeń w przedszkolu czy innych tego typu dat.

W tym roku chciałabym realizować założenia związane z blogiem - planować konkretne posty na dany miesiąc i je faktycznie pisać! Ma mi w tym pomóc poniższa tabela.


Mam zamiar w końcu stworzyć listę filmów i seriali do obejrzenia oraz książek do przeczytania i znajdować na to wszystko czas! U mnie sprawa jest prosta - odkładam telefon jak najczęściej w ciągu dnia i już znajdują przynajmniej dodatkową godzinę. Mówię oczywiście tutaj o bezmyślnym scrollowaniu, które w paskudny sposób kradnie nam cenne minuty z każdego dnia.


Spróbuję poprowadzić kontrolowaną skarbonkę. Może w ten sposób uda mi się odłożyć parę groszy ale akurat ta kwestia w tym przynajmniej roku jest najmniej pewna. Mimo wszystko zobaczę jak to wyjdzie.


Zawsze w moim BuJo musi się pojawić lista rzeczy po prostu - do zrobienia. Są to zazwyczaj zdania, które nie muszą być zrealizowane  tu i teraz. Gdy przychodzi (co rzadko się zdarza ale czasami bywa) czas wolniejszy od wszelakich obowiązków i mam ochotę się za coś zabrać, zerkam wtedy do tej właśnie listy.


W tym roku, skoro planuję być tak super zorganizowana to chętnie sprawdzę czy będzie to się przekładało na moje statystyki kont społecznościowych. Dla własnej informacji i przemyśleń.


Chciałabym też wprowadzić na bloga cykl postów z ulubieńcami i inspiracjami - bardzo lubię tą tematykę u innych, to naprawdę działa :)


Będąc już przy miesięcznej rozkładówce to w moim BJ wygląda ona tak: zawsze zaczynam stroną tytułową, po czym robię miesięczną rozpiskę a później rozpisuję tygodnie.




Nie wyobrażam sobie nie prowadzić listy rachunków do opłacenia, nie znoszę tego robić i często się w tym gubiłam czy za coś już zapłaciłam czy nie. Wolę mieć to starannie rozpisane i zaznaczone nić potem latać po historii bankowych przelewów.


Wspomnę jeszcze o czymś oczywistym dla każdej kosmetycznej maniaczki, a czego wam jeszcze nie pokazałam powyżej. Jakby mogło się obejść bez naszego must have czyli - wishlisty! U mnie ona zajmuje dobrych kilka stron ponieważ w tym roku chcę sporo przeorganizować w kwestii swojej "kolekcji".


W moim Bullet Journal od początku nie sprawdzała się numeracja stron. Wymyśliłam sobie zatem inną formę zaznaczania poszczególnych tabelek i rozpisek i robię to za pomocą kolorowych taśm washi. Mój idex wygląda tak:


Z boku zeszytu zaznaczam bieżący miesiąc i tydzień.


Natomiast u góry pozostałe rozpiski.


Jedynymi póki co stronami zaznaczonymi po długości to strony z Wishlistą :)


Ach! Na końcu zeszytu znajduje się jeszcze rozpiska z zamówieniami z Aliexpress. Zapisuję tam co kupiłam, kiedy oraz kiedy do mnie przyszło (bądź nie).


No dobra. Myślę, że tym postem zrekompensowałam sobie i wam tak długą przerwę od ostatniego posta. Jeśli dotrwaliście do końca to serdecznie wam gratuluję :) A sobie życzę wytrwałości w blogowaniu i trzymanie się założeń z nim związanych. Zbyt długo opiekuję się tym dzieciaczkiem aby dać mu odejść i zaprzepaścić tych kilka dobrych lat :)



Seria Atopis od Novaclear - kosmetyki dla skóry suchej, atopowej i wrażliwej.

Seria Atopis od Novaclear - kosmetyki dla skóry suchej, atopowej i wrażliwej.

Dzisiejszy post sponsoruje firma Novaclear, omówię wam 2 kosmetyki z jej serii Atopis. Jest to seria poświęcona szczególnie osobom, które mają wymagającą i problematyczną skórę czyli atopową, suchą czy wrażliwą.
 

Jestem świadoma, że recenzje kosmetyków typowo pielęgnacyjnych nie należą do ulubionych do czytania, postaram się więc napisać o nich krótko ale treściwie.

Seria Atopis firmy Novaclear składa się z 4 kosmetyków:  
* płynu do mycia twarzy i ciała, 
* nawilżającego balsamu do ciała, 
* kremu natłuszczająco - nawilżającego do twarzy i ciała 
* oraz kremu natłuszczającego do twarzy i ciała.

Ja miałam okazję testować dwie pierwsze pozycje z powyższego zestawu.


Co jest z góry ważne sięgając po omawiane kosmetyki - nie zawierają one drażniących substancji chemicznych (np.: SLS, SLES, silikonów), nie zawierają substancji zapachowych oraz barwników. Będą zatem świetną alternatywą kosmetyków dla osób zwracających uwagę na ich składy ale również dla osób z wymagającą skórą.

Kosmetyki są przeznaczone do codziennego użytku, ich głównymi składnikami są między innymi: organiczny olej konopny, ekstrakt z korzenia lukrecji, gliceryna, pantenol, witamina E, alantoina.


Ja posiadam wersje o pojemności 200 ml. Ich opakowania to stojące do góry nogami bardzo elastyczne tubki. O ile w przypadku balsamu jest to rozwiązanie całkowicie znośne czy można powiedzieć - klasyczne, to w przypadku żelu do mycia może być problematyczne w użytkowaniu (nieco mniej gdy używamy go jedynie do mycia twarzy). Na szczęście występują opakowania o większej pojemności (500 ml), które mają już stojące butelki z wygodnymi pompkami.

Wizualny wygląd kosmetyków kojarzy się z dermokosmetykami i uważam, że jest trafionym rozwiązaniem.

Płyn do mycia twarzy i ciała jest przezroczysty, kompletnie bez zapachu. Ma dość nietypową konsystencję - żelową, jakby taką delikatnie ciągnącą, przychodzi mi do głowy określenie - płynna galaretka :) W kontakcie z wodą praktycznie się nie pieni. Używałam go naprzemiennie jako głównego kosmetyku do mycia dla mojej córki, która miewa łojotokowe problemy oraz jak ja ma suchą skórę, jak i do mycia swojej twarzy. W obydwu przypadkach sprawdził się dobrze. Nie zauważyłam większej różnicy od "zwyczajnych" żeli do mycia ciała jednak świadomość dedykowanego składu dla skór wymagających sprawiała, że czułam, że robię przysługę swojej i córeczki skórze.
 

Balsam do ciała to bardziej mleczko niż balsam. Ma dość rzadką konsystencję, jest biały i również bezzapachowy. Ja za mleczkami średnio przepadam ale jest to jakieś moje nie wiadomo skąd wzięte uprzedzenie, ponieważ ile razy mam z jakimś styczność to potem je przepraszam. Pomimo swojej delikatności świetnie nawilża skórę. Nabiera ona delikatności, aksamitności i to uczucie pozostaje na niej na kilka dobrych godzin. Zauważyłam, że balsam po nałożeniu na skórę trochę się po niej ślizga zanim się dobrze wchłonie. Jest to jednak chwilowe i raczej nieproblematyczne. Balsamu używałam również pielęgnując skórę córki po kąpieli. Od razu po aplikacji znikało uczucie suchości i szorstkości skóry. Nie wystąpiła żadna alergia czy podrażnienia a zawsze mam o to obawy wprowadzając do jej pielęgnacji nowy kosmetyk - nawet ten o przeznaczeniu dermatologicznym. Balsam nie pozostawia na skórze filmu.

Tego typu balsamy uwielbiam do częstego, codziennego stosowania. Jest to podstawa mojej pielęgnacji. Posiadam przeróżne zapachowe, rozświetlające kosmetyki ale zawsze w pierwszej kolejności sięgam po typowo neutralne, naturalne, dobrze nawilżające produkty. Często dopiero później, gdy np. gdzieś wychodzę nakładam te bardziej pachnące lub zawierające drobinki.




Nie spotkałam się nigdy wcześniej z firmą Novaclear i cieszę się, że dzięki zespołowi zBlogowani mogłam je przetestować. Jestem bardzo ciekawa pozostałych dwóch kosmetyków z serii bo wszystko co jest silnie nawilżające czy wręcz natłuszczające jest przeznaczone dla mnie dlatego zainteresuję się nimi w najbliższej przyszłości.

Dwa kosmetyki, które testowałam bardzo przypadły mi do gustu a szczególnie balsam okazał się być tym, który polubiłam najbardziej. Polecam je osobom posiadającym wymagającą skórę ale nie tylko - na pewno nie wyrządzą krzywdy nikomu i będą świetną, codzienną pielęgnacją.

Z kosmetykmi firmy Atopis możecie zapoznać się pod tym linkiem - klik.



Urban Skin - nowa seria do pielęgnacji twarzy firmy Nivea

Urban Skin - nowa seria do pielęgnacji twarzy firmy Nivea

Od ponad tygodnia testuję nową serię do pielęgnacji twarzy, tym razem od firmy Nivea. Jest to seria Urban Skin skierowana dla potrzeb skóry kobiet mieszkających w mieście. W jej skład wchodzą - krem na dzień, żel - krem na noc i 1 minutowa maska oczyszczająca, wspierająca pielęgnację kremową. O moich początkowych spostrzeżeniach i opinii na jej temat możecie przeczytać w dzisiejszym poście.



Już od samego początku bardzo spodobała mi się kolorystyka opakowań i grafika wszystkich produktów. Jest wyrazista i energetyczna czyli właśnie taka jak miejska atmosfera. Zachowana jest w głównie w zielonym, limonkowym odcieniu. Wszystkie produkty kupujemy zapakowane w kartoniki, na których możemy wyczytać rozszerzone informacje na ich temat. Kremy znajdują się w plastikowych słoiczkach a maska w wyciskanej tubce.

Co pokrótce możemy się dowiedzieć o produktach od samego producenta.

Maska zawiera w sobie białą glinkę i aktywny ekstrakt z magnolii. Zapewnia bardzo głębokie oczyszczenie i złuszcza martwe komórki naskórka dzięki peelingującym drobinkom. Udoskonala cerę i wspiera jej piękny wygląd.

Krem na dzień zawiera kwas hialuronowy, antyoksydanty i ekstrakt z bio zielonej herbaty. Zapewnia 48 godzinne nawilżenie oraz dodatkową ochronę antyoksydacyjną. Wzmacnia naturalny system ochronny skóry. Pomaga chronić skórę przed negatywnym wpływem czynników zewnętrznych, zanieczyszczeniem powietrza i szkodliwym działaniem promieni słonecznych dzięki ochronie UVA/UVB (SPF 20).

Żel - krem na noc zawiera również kwas hialuronowy, antyoksydanty i ekstrakt z bio zielonej herbaty. Pomaga oczyszczać skórę z toksyn każdego wieczoru. Przywraca zdolność antyoksydacyjną skóry i wzmacnia jej naturalny system ochronny, pomaga cerze zregenerować się podczas snu oraz zapewnia obfite nawilżenie.

Jak kosmetyki wypadają u mnie w rzeczywistości? Zacznijmy od przemaglowania kremów.

Pierwsze co rzuca się w oczy po otwarciu słoiczków to ich kolory i konsystencja, która na gołe oko różni się od typowych kremów. Zarówno krem na dzień jak i żel - krem na noc są pastelowo zielone - nazwałabym ten odcień rozbieloną miętą. Pomimo, że jedynie krem na noc ma w swojej nazwie słowa krem - żel to odniosłabym to określenie również do kosmetyku na dzień. Dla mnie ich formuła praktycznie się nie różni.



Na początku z dozą sceptycyzmu podeszłam do tej pielęgnacji właśnie ze względy na wspomnianą formułę. Moja skóra jest sucha, żelowe kosmetyki zawsze kojarzą mi się z tymi, które nie wystarczająco ją nawilżają. Jest ona zazwyczaj ściągnięta po umyciu żelem do demakijażu wieczorem czy przemyciu rano tonikiem. Na szczęście produkty Nieva dość dobrze dały radę zmierzając się z tym problemem. Skóra po ich użyciu od razu przestałą ciągnąć a ja odczułam ulgę.


Obydwa kremy (piszę o nich obu na raz, ponieważ nie zauważyłam większej różnicy w ich stosowaniu rano i wieczorem) są leciutkie i dość dobrze się wchłaniają. Nie odczuwałam aby zostawiały na skórze film, jednak dotykając ją zauważyłam, że skóra na początku lekko się lepi. Mi to nie przeszkadzało. Krem na dzień doskonale współgrał ze wszystkimi podkładami jakich używałam a ten efekt lekkiej lepkości wręcz mi odpowiadał przy ich nakładaniu (lubię go stemplować pędzlem zamiast rozcierać). Miałam wrażenie, że dzięki temu podkład lepiej się trzymał skóry.


A co jeśli chodzi o nawilżenie? Na kartonikach kremów widnieje hasło - booster nawilżenia. To również na początku przykuło moją uwagę bo to jest właśnie to, czego moja skóra potrzebuje. Po aplikacji kosmetyków owszem, odczuwałam kojące nawilżenie lecz muszę powiedzieć, że osobiście preferuję znacznie bardziej intensywny efekt. Ja lubię ciężkawe kremy, które dosłownie czuć na twarzy - seria Urban Skin jest lekka, delikatna, dająca nieprzytłaczający efekt. Myślę, że jest to seria idealna na wiosenno - letni okres, przynajmniej dla mnie. Wspomnę jeszcze, że z biegiem dnia skóra twarzy była jak najbardziej ładnie nawilżona, nie odczuwałam suchości a po głowie nie krążyły mi żadne myśli, że krem nie zaspokaja zapotrzebowań mojej cery. Tak samo czułam się rano.

Muszę jeszcze napisać o jednym, myślę że ważnym aspekcie obydwu kremów a jest nim ich zapach. Kremy (jak dla mnie) prześlicznie pachną. Gdy pierwszy raz użyłam kremu na dzień to jego zapach chodził za mną wszędzie przez naprawdę długi czas. Krem na dzień pachnie powiedzmy delikatnie w porównaniu do żel - kremu na noc ale wg mnie cały czas jest mocno wyczuwalny. Wersja wieczorna z kolei pachnie naprawdę mocno jak na kosmetyki z tej kategorii i to może być dla kogoś wielki plus lub cecha wykluczająca jego używanie. Ja, pomimo, że mam świadomość, że składniki zapachowe są tymi, które potrafią uczulić lub podrażnić, to zakochałam się w nich od pierwszego użycia.

Dodatkowym plusem, o którym muszę wspomnieć w przypadku wersji na dzień to filtr SPF 20. Fajne również jest to, że kremy mają 2 kolory wieczek - białe na dzień i granatowe na noc. Bez problemu więc możemy sięgnąć po interesujący nas o danej porze dnia kosmetyk, bez zbędnego wczytywania się w etykietę.


Przejdę teraz do maski. Jest to kosmetyk uzupełniający podstawową pielęgnację. Nakładamy ją na co najmniej 1 minutę przed zastosowaniem kremu. Niestety gdy pierwszy raz sięgnęłam po nią, skóra w bardzo krótkim czasie po jej nałożeniu zaczęła mnie piec. Nie było to palące pieczenie ale zdecydowanie intensywne. Postanowiłam jednak poczekać i sprawdzić czy nie jest to chwilowe odczucie. Maska również delikatnie pachnie jednak inaczej niż kremy. Zawiera w sobie mikro drobinki, które mają peelingować nasz naskórek. Ja nakładałam kosmetyk pędzelkiem więc nie bardzo odczułam ten efekt. Po około jednej minucie maska zaczyna zastygać a ponieważ u mnie pieczenie nie ustępowało, postanowiłam wtedy ją zmyć. Miałam obawy, że moja skóra będzie zaczerwieniona, na szczęście po umyciu wyglądała zupełnie normalnie a uczucie pieczenia momentalnie odeszło. Po osuszeniu twarzy odczuwałam mocne ściągnięcie skóry, które zniwelowało użycie kremu z serii. Ze względu na to, że nie rozcierałam maski na twarzy palcami (nie skorzystałam z efektu peelingu) nie zauważyłam wygładzenia cery ale wyglądała na ładnie oczyszczoną.



Jestem ciekawa czy efekt pieczenia to coś normalnego w przypadku tego kosmetyku, póki co nie zdecydowałam się na ponowną aplikację ale myślę, że dam jej jeszcze jedną szansę. Nakładanie maseczek wiąże się raczej z przyjemnością i relaksem dla skóry i pomimo, że po zmyciu twarzy wszystko z nią było w jak największym porządku to uczucie pieczenia mnie mocno na wstępie zniechęciło.




Jakie jest moje podsumowujące zdanie na temat serii Urban Skin od Nivea? Kremy jak najbardziej polecam. Ze względu na ich lekkość i ten oszałamiający zapach będę do nich wracać w porze letniej. Krem na dzień jest bardzo fajną i przyjemną bazą pod makijaż. Krem na noc oprócz pielęgnacji koił moje zmysły poprzez swój zapach. Natomiast jak możecie się domyślić maskę sobie odpuszczę gdy ponowi się to nieprzyjemne pieczenie podczas drugiej aplikacji na mojej twarzy.

Seria Urban Skin jest dostępna w wielu drogeriach. Pojemność kremów to 50 ml, maski - 75 ml. Cena kremów - ok 17 zł, ceny maski nie znalazłam - przepraszam :)

Na samym końcu pod zdjęciami wrzucam listę składników poszczególnych kosmetyków.




Składniki:

Krem na dzień
Aqua, Octocrylene, Glycerin, Ethylhexyl Salicylate, Alcohol Denat., Butyl Methoxydibenzoylmethane, Methylpropanediol, Distarch Phosphate, C12-15 Alkyl Benzoate, Butylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, Silica Dimethyl Silylate, Glycyrrhiza Inflata Root Extract, Camellia Sinensis Leaf Extract, Sodium Hyaluronate, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Dimethicone, Carbomer, Dimethiconol, Sodium Polyacrylate, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Trisodium EDTA, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol, Citronellol, Linalool, Alpha-Isomethyl Ionone, Limonene, Benzyl Alcohol, BHT, Parfum, CI 47005, CI 42090

Żel - krem na noc
Aqua, Cyclomethicone, Glycerin, Alcohol Denat., Distarch Phosphate, Methylpropanediol, Butylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, Glucosylrutin, Isoquercitrin, Glycyrrhiza Inflata Root Extract, Camellia Sinensis Leaf Extract, Sodium Hyaluronate, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Carbomer, Sodium Polyacrylate, Trisodium EDTA, Dimethiconol, Sodium Hydroxide, BHT, Phenoxyethanol, Citronellol, Linalool, Alpha-Isomethyl Ionone, Limonene, Benzyl Alcohol, Parfum, CI 47005, CI 42090 

Maska
Aqua, Kaolin, Glycerin, Alcohol Denat., Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Microcrystalline Cellulose, Butyrospermum Parkii Butter, Caprylic/Capric Triglyceride