środa, 22 lutego 2017

Podkład No Mask od Lirene - recenzja produktu, makijaż.

O podkładzie Lirene No Mask pewnie słyszała już większość z was. Został wprowadzony na rynek kilka dobrych miesięcy temu jako ultralekki i długotrwały podkład do twarzy. Jak się sprawdził u mnie i co o nim sądzę - przeczytajcie poniżej.




OD PRODUCENTA

Ultralekki, długotrwały fluid No Mask zapewnia perfekcyjny i nieskazitelny wygląd cery przez cały dzień. Fluid nie zmienia koloru w czasie, nie rozmazuje się i nie brudzi ubrań.

Lekka, płynna konsystencja sprawia, że fluid idealnie stapia się ze skórą, dzięki czemu makijaż wygląda świeżo i naturalnie, a skóra nie jest obciążona. Cera o wyrównanym kolorycie staje się gładka i aksamitna w dotyku.

Zawarty w formule kwas hialuronowy odpowiednio nawilża skórę, w efekcie czego cera wygląda zdrowo i promiennie. Elastynol zapewnia skórze odpowiednie napięcie oraz ochronę i regenerację.


OPAKOWANIE

No więc opakowanie jest grzecznie mówiąc - podlegające dyskusji a dlaczego? Podkład kupujemy w szklanej buteleczce o pojemności 30 ml zamkniętej w kartonikowym opakowaniu. Butelka wygląda przyjemnie, ma nieco odmienny kształt od większości drogeryjnych fluidów. Na pewno jednak wiecie, że No Mask nie ma ani pompki, ani szpatułki czy aplikatora. Podkład jest bardzo płynny, próbowałam go okiełznać na kilka sposobów (aplikacja na dłoń, bezpośrednio na pędzel, za pomocą nakrętki) i niestety każde dozowanie wiązało się albo z pobrudzeniem opakowania albo zmarnowaniem części kosmetyku albo tym i tym na raz. Nie do końca rozumiem skąd pomysł na takie rozwiązanie, na pewno nie ułatwia ono życia posiadaczkom tego kosmetyku :)



KONSYSTENCJA

Jak wspomniałam wyżej podkład jest bardziej wodnisty niż kremowy i należy bardzo uważać przy jego dozowaniu i aplikacji. Przez swoją konsystencję jednak jest praktycznie niewyczuwalny na twarzy, potwierdzam, że jest ultralekki.



KRYCIE, EFEKT

Fluid jest leciutki w formule co nie oznacza, że słabo kryje. Jedna warstwa ładnie wyrównuje nam koloryt skóry, jeśli na twarzy występuje trądzik lub przebarwienia - można krycie wzmocnić przez nałożenie dodatkowej warstwy. Przy poważniejszych zmianach na skórze sugerowałabym użycie pod spód odpowiedniego korektora. Ja na co dzień preferuję naturalny wygląd i jedna warstwa podkładu w zupełności mi wystarczała. Na wyjścia z kolei sięgałam po inne podkłady - zamiast nakładania dwóch warstw nawet lekkiego podkładu wolę jedną, o większej mocy krycia.

Wykończenie podkładu nie jest jak mogłoby się wydawać przez konsystencję mokre. Podkład na twarzy pozostawia względnie matowy efekt, będzie dobrym rozwiązaniem dla przetłuszczającej się skóry. Ja mimo wszystko zawsze wykończam makijaż twarzy pudrem sypkim lub w kamieniu aby przedłużyć jego trwałość.

Nie zauważyłam używając go podkreślenia suchych skórek.

 Twarz jedynie nawilżona.


 Z podkładem.


 Z korektorem i pudrem.



TRWAŁOŚĆ

Podkład na skórze trzymał się stosunkowo dobrze. Na pewno musiałam go standardowo jak u mnie po kilku godzinach ponownie przypudrować w celu zmatowienia a z biegiem dnia delikatnie się ścierał szczególnie w okolicach nosa lub ogólnie strefy T. Nie jest to super trwały podkład ale też nie znika z naszej twarzy po 3-4 godzinach. Myślę, że 6 - 8 godzin powinien wytrzymać na skórze bez dodatkowych poprawek, baza pod podkład może przedłużyć jego trwałość.

KOLOR

Podkład został wydany w 3 odcieniach - 01 jasny, 02 naturalny i 03 beżowy. U mnie najczęściej występuje przy doborze podkładu ten sam problem - najjaśniejszy podkład z gamy kolorystycznej danego fluidu jest zazwyczaj i tak za ciemny do mojej skóry. Niestety w przypadku No Mask nie było inaczej. Pozostaje mi go używać zatem latem, gdy skóra jest muśnięta słońcem lub rozjaśniać go specjalnym preparatem. Nie mam jednak żalu za nie używanie go zimą bo jego konsystencja i lekkość idealnie wpasowuje się w wiosenno - letnie zapotrzebowania mojej skóry.

POJEMNOŚĆ I CENA

30 ml, ok. 38 zł

PODSUMOWANIE

Największym plusem podkładu w mojej ocenie jest jego delikatna konsystencja i naturalny efekt jaki daje na twarzy. Niestety u mnie minusem jest zbyt ciemny odcień najjaśniejszego koloru ale przede wszystkim brak pompki w buteleczce. Szkoda, bo są to cechy tak naprawdę nie mające powiązania z samym produktem i jego jakością i gdyby je wyeliminować to byłby na pewno jednym z produktów, po które sięgam do codziennego, niewymagającego super trwałego i wyrazistego efektu makijażu.



czwartek, 16 lutego 2017

Witajcie w Nowym Roku - plany i zmiany, podsumowanie starego.

Troszkę wstyd zaczynać pisanie pierwszego posta w nowym roku dokładnie w połowie lutego. Nie wiem naprawdę gdzie i kiedy ten okres przeleciał, czas zdecydowanie za szybko nam ucieka a przynajmniej mi osobiście.

Od czego tu zacząć... Może w kilku zdaniach podsumuję zeszły rok.

Blogowo nie jestem z siebie zadowolona, postów było zdecydowanie mniej niż planowałam i nieustannie zastanawiam się jak to robią inne mamy, że ich blogi tętnią życiem. Mimo wszystko cieszę się, że nie przyszło mi przez myśl całkowite zaprzestanie jego prowadzenia. Lubię a nawet uwielbiam pisać i pomimo, że nie biję rekordów w statystykach to nie mam zamiaru zrezygnować z tego kawałka mojego wirtualnego świata.

Pewnie większość z was wie, że od 2,5 roku jestem mamą małego szaleńca. Pucia rozwija się, zaskakuje mnie każdego dnia a pod względem energii i temperamentu robi za trójkę dzieci w jednym. Między innymi dlatego też kuleje mój blog. Od września trochę fuksem dostała się do żłobka a ja ruszyłam z nadrabianiem ponad dwuletnich zaległości w przeróżnych kwestiach. Z przerwami oczywiście - pierwszy rok chodzenia dziecka do żłobka lub przedszkola najczęściej równa się z co chwilowym łapaniem przeróżnych chorób i infekcji a tym samym siedzeniem w domu i brakiem czasu dla rodzica. Tata Puci w tygodniu pracuje poza domem więc jest to dodatkowe obciążenie czasowe bo wszystko muszę ogarnąć sama.

Z momentem pójścia małej do żłobka ja straciłam poprzednią pracę. Nie smućcie się jednak czytając to bo po wylaniu jakiejś tam ilości łez, przegryzieniu goryczy pojawił się w mojej głowie pomysł, który kiełkował w niej od lat a o czym zaraz napiszę.

Dodam, że założonych na początku zeszłego roku kilogramów nie udało mi się zrzucić i plan ich pozbycia się został naturalnie przeniesiony na rok 2017 :)

Wracamy do teraźniejszości. A zatem jakie mam założenia na ten rok? Po pierwsze, takie oczywiste pierwsze - dalej blogować! Blogować regularnie (nie zwracajcie uwagi na ponoworoczną przerwę), ciekawie, w miarę często i zachęcająco do zaglądania.

Po drugie ale nie mniej ważnie - zrzucić tych kilka wspomnianych już kilogramów. Ja się z nimi nie do końca lubię i nie wiem czemu tak zaparły się do mnie przynależeć...

Obecnie jednak moją głowę zaprząta głównie zmiana profilu zawodowego o czym pisałam wyżej. Która z nas nie chciałaby zarabiać robiąc to co się uwielbia, spełniać się w swojej pasji, kochać swoją pracę! Paradoksalnie dzięki krzywdzącemu mnie ruchowi ze strony byłego pracodawcy postanowiłam podjąć próbę otworzenia własnej działalności gospodarczej za pomocą dotacji z Urzędu Pracy bo jeśli nie teraz to kiedy? Także życzcie mi powodzenia i trzymajcie za mnie kciuki aby się udało ją uzyskać.

Moja głowa jest jak zawsze pełna pomysłów, planów mniejszych i większych. Mam nadzieję, że rok 2017 będzie dla mnie dobry, sprzyjający i rozwiąże kilka osobistych kwestii, które również nie dawały o sobie zapomnieć w poprzednim roku.

Dzięki, że do mnie zaglądaliście w zeszłym roku i mam nadzieję, że i w tym Was nie zabraknie :)


środa, 28 grudnia 2016

Co dostałam pod choinkę.

Święta, święta i po świętach. Dla mnie w tym roku ulga bo święta nie były najweselsze. Oby za rok było lepiej bez względu na okoliczności. To tyle tytułem smutnawego wstępu :)

Mikołaj jednak na domową atmosferę postanowił nie zwracać uwagi a wręcz wydaje mi się, że chciał mnie swoimi podarunkami pocieszyć. Przyznaję bez bicia, że część prezentów mu zasugerowałam ;)

Nie jest tego wiele ale dla mnie wszystkie rzeczy są w 100% trafione, szczególnie te, o których nie wiedziałam, że dostanę. Ze wszystkiego się bardzo cieszę - nawet z tych najdrobniejszych, zwyczajnych prezentów. Liczy się chęć i radość z obdarowania.

Sama dla siebie wybrałam w tym roku książkę o makijażu (kolejną do kolekcji) oraz 2 nowe, brokatowe Semilaci.




Każdy kto mnie choć trochę zna wie, że mam obsesję na punkcie brokatu, wszystkiego co się świeci i migocze. I tak oto jestem bogatsza o nowe dwa słoiczki magicznego blasku!





Mój tato co roku obdarowuje mnie tzw. "essentials". Uwielbiam je.



I na koniec prezenty od przyjaciółki - ona akurat zna mnie totalnie na wylot!




Od niej jest również brokat z Inglota.

Choć największą radość w tym roku sprawiło mi przyglądanie się uśmiechniętej buźce mojej Puci w trakcie pierwszego, tak świadomego rozpakowywania prezentów w jej życiu to ja wcale nie mniej cieszyłam się ze swoich podarunków. Uwielbiam obdarowywać ale skłamałabym mówiąc, że sama nie lubię dostawać prezentów. Każdy je lubi :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...