środa, 23 listopada 2016

Nowości, nowości, nowości...

Tak, tak. Kolejne nowości na blogu... Nic nie mówcie - po prostu zobaczcie :)

Przez ostatni okres trochę nazbierało mi się nowych produktów - część jak zwykle kupiłam (większą część), część otrzymałam w ramach współprac.

Jestem w trakcie reorganizacji i wielkiego przeglądu swojej kolorówki. Wkrótce mam zamiar zrobić blogową wyprzedaż i chyba przeprowadzę ją na swoim FB - dlatego zainteresowane osoby zachęcam do obserwowania profilu bloga (odnośnik znajdziecie w pasku bocznym).

Tymczasem oto przegląd aktualnych nowości.

 
 Zaczynam od najświeższych nabytków. Odwiedziłam kilka dni temu Naturę i skusiłam się na mini gąbeczki do korektora, które od dawna miałam ochotę przetestować. Jestem ciekawa ich jakości. Do tego wpadły bronzer i transparentny puder sypki z My Secret. Żałuję teraz, że nie wzięłam zamiast pudru sypkiego ten najnowszy w kamieniu. Na pewno po niego wrócę bo podobno jest świetny. Mam też ochotę na drugi, nowy odcień kultowego już rozświetlacza również z My Secret.


 Inglot skusił mnie niczym innym jak jak zwykle... czymś błyszczącym. Jeden z dwóch najnowszych odcieni sypkich rozświetlaczy jest obłędny!


Około 2 tygodni temu doszło moje następne zamówienie z Glam Shopu a w nim 7 kolejnych Glam cieni. Czekam obecnie na trzecią edycje nowych odcieni, które mają się pojawić pod koniec listopada.


W ostatnim okresie otrzymałam kolejne kosmetyki od Gly Skin Care. Testowanie trwa.


 Wiele blogerek rozpieściła również firma Lirene. Zobaczcie szczegółowo jakie nowości zawierały paczuszki.




Kolorówkę otrzymały dziewczyny, które wyraziły chęć wzięcia udziału w konkursie makijażowym. Moją konkursową "pracę" możecie zobaczyć tutaj



Na portalu Ofeminin.pl załapałam się do testowania najnowszej maskary Bourjois, tę z powiększającym lustereczkiem na jej opakowaniu. Na zdjęciu znajduje się również puder sypki Lirene.


To zdjęcie przedstawia jak czasami kończą się zakupy spożywcze w Biedronce...


W przeciągu ostatnich miesięcy nabyłam kilka produktów paznokciowych, m.in. 2 hybrydy Rainbow z Aliexpress, Dry Top Semilac, kameleony oraz baza proteinowa z Indigo oraz polerka do matowienia paznokci. Czy na to się mówi polerka? Podpowiedzcie mi.


Na pokazie jesiennych nowości i trendów Indigo zostałam wylosowana jako jedna z dwóch dziewczyn z przeszło setki uczestniczących w szkoleniu, która otrzymałam prawie wszystkie lakiery z jesiennej kolekcji sygnowanej nazwiskiem Natalii Siwiec. Mojej radości nie było końca.


Zlepek pojedynczych nowości od między innymi Golden Rose, Eveline i Glam Shop.


Poszukując na gwałt kępek rzęs pewnego sobotniego dnia natknęłam się na te ze zdjęcia powyżej. Gęste, wielowłoskowe kępki mnie oczarowały. Będzie o nich post.


Zdjęcie u góry prezentuje nabytki, które wpadły w moje ręce jeszcze podczas promocji - 49% w Rossmannie. 


Odrobina codziennej pielęgnacji. Micel Garniera kupiłam w dwupaku w Biedronce, pierwsza butelka jest w używaniu. Jest to mój bezwzględny ulubieniec.


I na koniec moja perełka i nadzieja na depilacyjną rewolucję. Jestem w trakcie przeobrażania moich nóg z pluszowych na gładziutkie. Ponieważ kwestia usuwania owłosienia depilatorem nie jest taka oczywista, planuję na ten temat napisać osobny post.


I to by było na tyle kochani. Zostawcie pod postem komentarz czy znacie/macie/lubicie kosmetyki, które zasiliły moje domowe zbiory w przeciągu ostatnich kilku miesięcy?

piątek, 11 listopada 2016

Makijaż konkursowy z Lirene. Konturowanie.

Sporo blogerek zostało niedawno zaproszonych do wzięcia udziału w konkursie makijażowym z marką Lirene. Tematem przewodnim makijażów był strobbing lub konturowanie. Ja wybrałam to drugie.

Do wykonania makijażu otrzymałyśmy kilka kosmetyków (obecnych nowości oraz produktów, które nie aż tak dawno również zostały wprowadzone na rynek). Zestaw jaki otrzymałyśmy umożliwił wykonanie praktycznie całego makijażu, u mnie dodatkowo pojawiła się odrobina brązowego cienia do powiek, tusz i błyszczyk nie pochodzące od Lirene.

Niestety nie wszystkie odcienie kosmetyków podpasowały mojej karnacji ale starałam się maksymalnie wyciągnąć z nich to co najlepsze aby finalny efekt wyglądał w miarę naturalnie. O poszczególnych nowościach makijażowych Lirene napiszę oddzielnego posta. Dzisiaj skupię się na krokach towarzyszących mi podczas tworzenia makijażu ale również nie omieszkam zaprezentować na czym pracowałam.



Proszę nie przestraszcie się mojemu wyglądowi "przed". Zamiast się bać po prostu pozwalam wam się uśmiechnąć, ja też to robię spoglądając na siebie :)

Makijaż zaczęłam bezwzględnie od oczyszczenia i porządnego nawilżenia twarzy.

 
Kolejnie nałożyłam na twarz bazę pod makijaż korygującą zaczerwienienia No Redness, która również nieco zmatowiła mi skórę oraz podkład Perfect Tone w odcieniu 100 Ivory.


W okolicach oczu (również na powiekach) pojawił się kryjący korektor punktowy Be Perfect. Całość przypudrowałam matującym sypkim pudrem City Matt. Na tym etapie "wyczarowałam" również brwi :)


Kolejnym krokiem była oprawa oka. Załamanie powieki podkreśliłam bronzerem a jego zewnętrzne kąciki matowym, brązowym cieniem. Wytuszowałam rzęsy i dokleiłam kilka kępek. Twarz wykonturowałam mineralnym bronzerem Shiny Touch (okolice czoła, nos, żuchwę i oczywiście pod kościami policzkowymi).


Ostatnim etapem było nałożenie różu (Shiny Touch) oraz rozświetlacza z tej samej serii (szczyty kości policzkowych, środek czoła, nos, łuk kupidyna i odrobina na brodzie).

Tak prezentuje się finalny efekt.


Jakbyście stwierdziły, że makijaż jest lekki i naturalny to zgodzę się z wami, ale gdy spojrzycie na poniższe zdjęcie przed i po to nikt nie zaprzeczy, że nie widać większej różnicy. Makijaż to magia.



Jak wam się podoba? Macie jakieś uwagi?

Poniżej kilka dodatkowych zdjęć kosmetyków, których użyłam do wykonania makijażu.







niedziela, 30 października 2016

Nowości - Żel micelarny i Krem do twarzy Bio Nawilżenie Lirene - prezentacja i recenzja.

Miałam świadomość, że nastała u mnie przerwa w blogowaniu ale złapałam dzisiaj się za głowę, gdy okazała się ona być prawie dwumiesięczną luką w nadawaniu postów. Każda blogerka ma takie okresy, tak po prostu z różnych powodów bywa. Ja tam się cieszę, że jestem, że wracam! A wy? (tu powinna paść odpowiedź, że wy też).

Wiem, że jedzie już przez Polskę, między innymi do mnie, kolejna paczka z nowościami od Lirene. Zatem mój come back zacznę od rozliczenia się z inną nowością Lirene - duetem z serii Bio Nawilżenie a dokładnie: nawilżającym żelem micelarnym do oczyszczania twarzy i oczu oraz ultra nawilżającym kremem do twarzy z witaminą E (wersja dla cery wrażliwej i suchej).




OPAKOWANIE

Krem przy zakupie znajduje się w kartoniku, na którym mamy większość informacji na jego temat. Słoiczek jest plastikowy a zatem leciutki. Bardzo podoba mi się jego wygląd - odcienie niebieskości w połączeniu ze srebrnym wieczkiem są miłe dla oka, plus za jakby podwójne ścianki słoiczka. Wizualnie krem od samego początku bardzo przypadł mi do gustu.

Butelka żelu micelarnego ma poręczne otwieranie z wyżłobioną wnęką do podważenia i zamykane wieczko na klik, które dzięki temu, że jest płaskie pozwoli nam wykończyć do reszty kosmetyk, dzięki postawieniu go do góry nogami. Sam żel dzięki zawartości niebieskich mikrogranulek również wygląda ciekawie i zachęcająco.





KONSYSTENCJA

Krem jest bardzo delikatny, lekko musowaty. Podobnie jak żel zawiera w sobie niebieskie mikrogranulki (aktywna witamina E zamknięta w mikrosferach przy użyciu innowacyjnej technologii), które podczas aplikacji pękają.

Żel micelarny ani nie spływa ani nie jest przesadnie gęsty. Najprościej mówiąc - jego konsystencja jest w sam raz.




DZIAŁANIE

Krem do twarzy

Delikatna formuła kremu idealnie się wchłania w skórę i nie pozostawia na niej filmu. Mikro drobinki z witaminą E podczas aplikacji pękają (nie jest to za bardzo odczuwalne) i mieszają się swobodnie z kremem. Odczucie odprężenia skóry po nałożeniu oraz nawilżenia jest natychmiastowe i kojące. Osobiście preferuję typowo kremowe rozwiązania na swojej twarzy. Mam wrażenie, że one dają mojej skórze zdecydowanie dłuższe uczucie jej nawilżenia. Przy stosowaniu kremu Bio Nawilżenie zauważyłam właśnie, że początkowo skóra była zrelaksowana i nienaciągnięta ale odczucie suchości powracało szybciej niż przy standardowej czy wręcz gęściejszej formule innych kremów do twarzy.

Pomimo tego, że moja wersja kremu nie jest matująca (a jest dostępna taka opcja) to twarz po aplikacji kosmetyku wygląda na lekko zmatowioną. Wydaje mi się, że jest to spowodowane formułą w jakiej występuje krem i w zależności od potrzeb może wam to przypaść do gustu bądź nie.

Krem doskonale współgrał ze wszystkimi podkładami, jakie nosiłam podczas jego stosowania. Najbardziej mi odpowiadał gdy wiedziałam, że makijaż nie będzie na mojej twarzy dłużej niż kilka godzin. Gdy zapowiadał się dłuższy dzień z pomalowaną twarzą wybierałam jako pielęgnację coś bardziej "konkretnego".

Żel micelarny

Specjalnie recenzję żelu zostawiłam jako drugą - na deser, ponieważ jestem nim totalnie zauroczona. Opakowanie można by powiedzieć - standardowe, ale już jak pisałam wyżej niebieskie mikrogranulki przyciągają oko (chyba zawsze miałam słabość do tych mini kuleczek zawartych w kosmetykach), kojarzą mi się zawsze ze świeżością.

Żel można stosować na dwa sposoby - z wodą i bez niej. Bez wody należy nanieść go na wacik i usunąć makijaż zarówno na twarzy jak i wokół oczu. Z wodą stosujemy go jak typowy żel do oczyszczania twarzy. Wypróbowałam obydwie wersje i o ile żel dawał radę w usunięciu makijażu bez wody używając wacika (nawet makijaż oka wraz z tuszem poszedł w niepamięć) to za bardzo przypominało mi to demakijaż za pomocą mleczka, czego nie znoszę. Pozostałam zatem przy typowym oczyszczaniu twarzy z użyciem wody przy poprzednio wykonanym klasycznie demakijażu.

Żel znakomicie usuwa resztki makijażu, również w okolicach oczu. Jest niesamowicie delikatny (nigdy mnie nie podrażnił i nie zaszczypał na moment gdy manewrowałam przy powiekach), jednocześnie jest super skuteczny, doczyszczał moją twarz z resztek makijażu na 100%. Żel się nie pieni ale ma inną formułę od żelu micelarnego Lirene z błękitną algą, za którym niestety nie przepadam. W tej wersji brak piany mi kompletnie nie przeszkadzał. Ten kosmetyk czułam idealnie pod dłońmi kiedy żel z błękitną algą jakby ślizgał się po skórze w trudny do opisania sposób.

Mikrogranulki podobnie jak w przypadku kremu przy aplikacji i użyciu uwalniały się w sposób raczej niewyczuwalny.

Nie mogę nie wspomnieć w tym miejscu o zapachu żelu, który tak pięknie i soczyście pachnie mango, że uprzyjemnia proces mycia twarzy o 100%. Zwolenniczki zapachowych kosmetyków a szczególnie mango maniaczki - musicie ten produkt wypróbować. Zapach jest cudowny, energetyczny i przyznaję, że kupił mnie na mam nadzieję wiele kolejnych lat. Na pewno będę do niego powracać.

WYDAJNOŚĆ

Obydwa produkty są wydajne jednak żel wydaję mi się nieco bardziej wydajny, ponad standard. Oczywiście jest to moje subiektywne odczucie w porównaniu do innych produktów, jakich do tej pory używałam.

ZAPACH, KOLOR

Krem ma kolor rozbielonego, delikatnego różu i zawiera niebieskie mikrogranulki. Ma dość intensywny zapach i niestety nie przypomina on cudownego zapachu żelu micelarnego. Z początku nawet mi się podobał, lubię zapachowe kosmetyki, jednak z czasem zaczął mi przeszkadzać i gdybym miała do kremu powrócić to na pewno po jakiejś przerwie.

Żel jest przezroczysty i również zawiera drobinki. O zapachu rozpisałam się już wyżej - tego nie da się opisać - jeśli lubicie kosmetyki o owocowym zapachu - musicie go wypróbować.




SKŁAD

Krem

Aqua (Water), Caprylic/ Capric Triglyceride, Cetyl Alcohol, Glycerin, Dimethicone, Hydrogenated Olive Oil Decyl Esters, Dimethicone/ Vinyl Dimethicoen Crosspolymer, Glyceryl Stearate, Peg-75 Stearate, Prunus Persica (Peach) Kernel Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Hydroxyateophenone, Polyacrylamide, Steareth -20, Ceteth20, C13-14 Isoparaffin Silica, Tocopheryl Acetate, Lactose, Butylene Glycol, Laureth-7, Ethylhexylglycerin, Microcrystalline Cellulose, Calendula Officinalis Flower Extract, Clintonia Borealis (Lily) Root Extract, Tagetes Erecta Flower Extract, Phenoxyethanol, Parfum (Fragrance), Alpha-Isomethyl Ionone, Ci 77289 (Chromium Hydroxide Green), Ci (Fd&C Red No. 40)

Żel

Aqua, Pentylene Glycol, Sodium Oleoyl Sarcosinate, Sodium Lauryl Sulfoacetate, Triethanolamine, Acrylates, Xanthan Gum,Ethylexylglycerin, PEG_70 Mango GLycerides, Sodium Chloride, SOdium OLeate, Lactose, Disodium EDTA, Microcrystalline CEllulose, Retinyl Palamite, Tocopheryl Acetate, Clintonia Borealis Root Extract, Phenoxyethanol, Parfum, Limonene, Cl 77289


POJEMNOŚĆ, CENA

Krem 50 ml, ok. 20 zł
Żel 200 ml, ok. 15 zł

PODSUMOWANIE

Obydwa kosmetyki uważam za udane. Nie ukrywam, że do mojego kosmetycznego gustu przypadł mi dużo bardziej żel micelarny. Przyjemny w użytkowaniu kosmetyk, bardzo skuteczny i cudownie pachnący. W kremie przeszkadzał mi pod koniec zapach i jednak niezbyt długie odczucie nawilżenia na mojej skórze. Do żelu powrócę na 100% a do kremu - być może. Nie mniej jednak polecam wam tą serię.






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...