poniedziałek, 30 maja 2016

Wiosenne nowości.

Troszkę już mi się ich zebrało i w sumie nie wiem z jakiego okresu są więc niech będzie, że dzisiaj o wiosennych nowościach. Ostatnio z braku czasu stosunkowo mało kupuję - zarówno pielęgnacji, której w sumie mam spore zapasy ale szczególnie kolorówki. W minionych drogeryjnych promocjach nabyłam zaledwie 2 kosmetyki.

Sporo nowości zawartych w tym poście zawdzięczam konferencji Meet Beauty ale i też samemu wypadowi do Warszawy. Po głowie chodzą mi pojedyncze kosmetyki, które mi umknęły i pojawią już się w kolejnym odcinku z tego tematu.

Przechodzimy do konkretów.



Na początku pokażę wam zawartości paczuszek z Meet Beauty. Powyżej Bielenda.


Z kosmetyków Annabelle Minerals jestem bardzo zadowolona bo w sumie wcześniej nie było mi po drodze z minerałami. Z chęcią je wypróbuję. 


Tołpa


Palmer's


W paczuszce Golden Rose znalazł się świetny, jesienny zestaw kolorystyczny. Lakier pójdzie w świat w związku z tym, że u mnie obecnie królują hybrydy natomiast pomadka zapowiada się cudownie, kolor mnie urzekł.


Eveline na konferencji miał jedno z najbardziej obleganych stoisk z przemiłymi paniami, które pomimo zmęczenia pod koniec dnia nie przestawały się serdecznie uśmiechać.


Lirene to mogę powiedzieć, dzięki współpracy z firmą i możliwości testowania ich nowośi, jedna z moich ulubionych polskich marek. Bardzo dużo kosmetyków sprawdza się u mnie idealnie. Tymczasem firma wypuściła na rynek nowy podkład No Mask, o którym na pewno będziecie mogły u mnie wkrótce przeczytać.


Muszę uczciwie jednak stwierdzić, że firma Indigo przebiła giftami wszelkie inne. Każda dziewczyna dostała złotą torbę obficie wypełnioną kosmetykami marki. Być może wielu z was Indigo kojarzy się przede wszystkim z efektami syrenki a potem lakierami ale firma posiada również w ofercie kosmetyki pielęgnacyjne. Ogólnie jest tego sporo. Zacieram naprawdę ręce przed testowaniem tych cudowności. 


Podczas pobytu w Warszawie nie może się obejść u mnie bez dodatkowego szoppingu. Na powyższym zdjęciu jego owoce. 2 lakiery NeoNail, syrenka i 2 wzorniki. Zahaczyłam też o stacjonarny sklep Avon i H&M gdzie na nowym dziale Beauty skusiłam się na pędzelek do blendowania. Podkład Loreal True Match to jeden z dwóch kosmetyków, jakie zakupiłam podczas - 49% promocji.


A tu jak u mnie często bywa. Poszłam do Biedronki po bułki... 


Przed konferencją Meet Beuaty zrobiłam dla siebie małe zamówienie z Indigo online. Kupiłam 2 syrenki, 2 hybrydy i cleaner. Jak widzicie Indigo dba o swoje klientki i do każdego zamówienia dodaje kilka gadżetów - bardzo fajna sprawa.


Na koniec mały żal z powodu mojej złotej torby :( A tak chciałam ją nosić na zakupy. 


czwartek, 19 maja 2016

Makeup Revolution foliowy cień do powiek Rose Gold + makijaż.

O foliowych cieniach Makeup Revolution słyszałam wiele dobrego. Informacje te dochodziły do mnie z różnych źródeł od całkiem dawna. Ja sama wiele razy trzymałam zawieszoną rękę nad myszką, której kursor wisiał nad ich ofertami w sklepach internetowych. Nie wiem jednak czemu zawsze coś mnie powstrzymywało przed ich kupnem. Nareszcie w końcu mogę się przekonać o co z nimi chodzi dzięki drogerii internetowej Perfumesco.



Cienie opakowane są w kartonowe pudełeczko, w którym znajduje się mini zestaw do ich aplikacji czyli cień, baza i tacka do wymieszania. Kartonik jest metaliczny przez co miły dla oka. Metaliczne opakowania przyciągają wzrok i pobudzają chęć zapoznania się z produktem znajdującym się w środku.



Jak nazwa wskazuje intencją tego kosmetyku jest oddanie na powiece bądź ogólnie w makijażu (np. artystycznym) metalicznego, wręcz foliowego efektu. Czy tak faktycznie jest?

Cień możemy stosować w dwojaki sposób - zarówno z załączoną bazą ale i "na sucho" czyli bez niej. Cień ma trudną do określenia formułę, jest jakby mokrą, elastyczną pastą, która ma to do siebie, że nie jest najłatwiejsza w aplikacji.



Ja sama przetestowałam aplikację na wiele sposób - z bazą i bez niej, różnymi pędzlami i palcami i doszłam do wniosku, że najlepiej cień aplikuje się palcem - zarówno używając bazy jak i na sucho. Pędzelkiem trudno było wydobyć cień, który się grudkował i bywało, że nakładany w ten sposób nie dawał pożądanego efektu. Było go zbyt dużo i ciężko było już go na powiece rozetrzeć.

Nakładany palcem daje efekt od delikatnego do naprawdę porządnej porcji foliowego rozświetlenia poprzez dokładanie kolejnych, cieniutkich warstw.

Cień nakładany bez bazy da efekt mniej spektakularny ale równie piękny. Rozświetli makijaż poprzez delikatne drobinki. Natomiast z samą bazą wygląda naprawdę niesamowicie efektownie, świetliście i przykuwająco.

Nie sprawdziła się u mnie tacka do mieszania bazy z cieniem. Używając tak małe ilości kosmetyku dość trudno jest je rozmieszać aby nie narażać je na niepotrzebną stratę. Ja wylewałam dosłownie kapkę bazy na sam cień, i pod miękkością i ciepłem opuszka palca na wierzchu powstawała idealna konsystencja "pasty".

Jeśli jeszcze tego cienia nie macie a będziecie miały z nim do czynienia to pamiętajcie o nakładaniu go bardzo cienkimi warstwami, aby nie zważyły się na powiece.

Pomimo nałożeniu kilku warstw cienia na powiece, kompletnie tego nie czuć, jest komfortowy w noszeniu.



Ja jestem nim oczarowana tym bardziej, że uwielbiam rozświetlające kosmetyki, drobinki i brokaty. Tym razem wybrałam odcień - chyba najpopularniejszy czyli Rose Gold. Jest świetny do rozświetlania środkowej części powieki ale i przy chęci uzyskania bardziej spektakularnego bądź po prostu wyraźnego efektu można go użyć na kilka innych sposobów, chociażby w wewnętrznym kąciku oka, pod łukiem brwiowym czy w małej ilości do rozświetlenia samych szczytów kości policzkowych.

Jestem bardzo ciekawa jaki efekt dają inne odcienie.

Jestem wyjątkowo ciekawa czy posiadacie foliowe cienie do powiek od Makeup Revolution i jakie macie z nimi doświadczenia oraz jakie odcienie posiadacie.

Oczywiście przy okazji tego posta nie mogło się obejść bez makijażu prezentującego foliowy Rose Gold. Wszelakie uwagi co do makijażu mile widziane. Niestety zdjęcia, jak często bywa, nie oddają całkowicie uroku cienia.






środa, 4 maja 2016

Kokos, mango i żurawina czyli owocowe peelingi Lirene Beauty Collection.

Firma Lirene kilka miesięcy temu wprowadziła na rynek serię soczyście owocowych peelingów do mycia ciała z serii kosmetyków Beauty Collection. Ja już wcześniej nie raz zachwycałam się owocowymi wariantami kosmetyków pielęgnacyjnych Lirene i gdy ujrzałam w paczce z nowościami tym razem peelingi do ciała od razu zatarłam ręce i rozpoczęłam testowanie. Niestety zapachy w kosmetykach najczęściej nie są zawdzięczane naturalnym składnikom ale która z nas nie lubi pod prysznicem świeżego, pobudzającego zapachu kosmetyku do mycia... Na pewno takich osób jest mniej od tej części preferujących przyjemny zapach.



OPAKOWANIE

Peelingi występują w tubkach stojących do góry nogami. Plastik jest elastyczny, bez problemy wyciśniemy cały kosmetyk do końca. Zawsze zwracam uwagę na dziubek, z którego wydobywa się kosmetyk ponieważ bywają takie, że z racji wyprofilowania stają się nieporęczne i mają tendencję do zabrudzania powierzchni kosmetykiem. Lirene jednak ma otwór zupełnie klasyczny i całkowicie funkcjonalny. Podoba mi się grafika tubek, jest jasna, przejrzysta i od razu widać z jakim zapachem będziemy mieli do czynienia. 

KONSYSTENCJA

Konsystencja każdego z wariantów, które posiadam (a raczej posiadałam o czym zaraz) jest inna. Kokos i mango są do siebie zbliżone - zwarte ale nie bardzo gęste. Określiłabym je jako gęściejszy żel. Najbardziej lejący jest granat.



DZIAŁANIE

Może zacznę od krótkiego, gościnnego opisu wersji żurawinowej, którą podarowałam bratowej. Justyna pokrótce była bardzo zadowolona. Odpowiadał jej zarówno zapach jak i samo działanie. Wyczuwała, że skóra po wyszorowaniu peelingiem była ładnie wygładzona i nieprzesuszona. Jedynie czego, żałowała to że tak szybko się skończył.

Wersja kokosowa i mango są do siebie zbliżone pod względem zawartości drobinek, jednak kokos jest peelingiem drobno a mango gruboziarnistym. Drobinek jest niby sporo ale jednak przy masowaniu ciała to odczucie szorstkości zanika. Można zatem stosować je jako żele peelingujące lub dla uzyskania lepszego efektu usuwania martwego naskórka nałożyć więcej kosmetyku.

Skóra po użyciu peelingów jest lekko wygładzona i czuć jej delikatność oraz jędrność. Kosmetyki pomagają zatem w przygotowaniu skóry do dalszej nawilżającej lub regenerującej pielęgnacji. Pomimo, że peelingi zawierają składniki nawilżające to moja mocno sucha skóra zawsze wymaga dodatkowego nawilżenia.

WYDAJNOŚĆ

Peelingi nie są zbyt wydajne, przy regularnym stosowaniu czyli około 3 razy w tygodniu wystarczą nam na lekko ponad miesiąc. Jednak z racji ilości jaką musimy użyć aby skutecznie zetrzeć martwy naskórek jest to cecha charakterystyczna dla tego rodzaju kosmetyków.

ZAPACH I KOLOR

Zapachy są nieco kontrowersyjne ponieważ pomimo ich intensywności nie do końca są zbliżone do prawdziwych zapachów owoców, które reprezentują. Żurawina była najsłodsza, kokos jest ciężki do określenia ale na pewno mało kokosowy. Ja najbardziej polubiłam wersję mango, która w sumie całkiem dobrze oddaje prawdziwy zapach mango, a który na marginesie w kosmetykach uwielbiam. Kolory poszczególnych wariantów możecie zobaczyć na powyższym zdjęciu.



SKŁAD

Kokos

Propylene Glicol,Glycerin,Sodium Chloride, Sugar, Silica Dimethyl Silylate, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Sodium Laureth Sulfate, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, Ethylparaben, Butylparaben, Parfum (Fragrance), Benzyl Salicylate, Coumarin, Benzyl Benzoate.

Żurawina

Propylene Glycol, Glycerin, Sugar, Aqua (Water), Synthtics Wax, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamina, Zingiber Officinale (Ginger) Root Extract Vaccinum Macrocarpon (Cranberry) Fruit Extact, Parfum (Fragrance), CI 16255:1.

Mango

Aqua (Water), Polyethylene, Sodium Laureth Sulfate, Triethanolamine, Acrylates/ C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Coco-Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Hydroxyethylcellulose, Sodium Salicylate, Disodium EDTA, PEG-70 Mango Glycerides, Glycerin, Disodium Adenosine Triphosphate, Carica Papaya (Papaya), Fruit Extract, Sodium Hydroxide, Algin, Methylisothiazolinone, Phenoxyethanol, Parfum (Fragrance), Limonene, CI 19140 (FD&C Yellow No. 5), CI 16035 (FD&C Red No. 40).

POJEMNOŚĆ I CENA

200 ml / ok. 12 - 15 zł

PODSUMOWANIE

Niestety muszę się przyznać, że z nawykiem peelingowania skóry trochę daję ciała. O ile regularnie ją nawilżam to peelingi stosuję zdecydowanie zbyt rzadko i nie mam większej możliwości porównawczej tego rodzaju produktów co postanawiam sobie się zdecydowanie zmieni.

Jak wypadły peelingi Lirene w mojej ocenie? Uważam, że są przyjemnymi żelami do stosowania co drugi, trzeci dzień. Nie są to mocno ścierające produkty więc będą pasowały osobom o delikatniejszej i wrażliwej skórze. Do okolic pośladków czy ud, gdzie najczęściej gromadzi się cellulit przydałyby się bardziej szorstkie produkty. Same zapachy mogłyby być bardziej dopracowane. Myślę, że dziewczyny w ciąży będą się trzymać od nich z daleka bo są naprawdę intensywne. Mi osobiście nie przeszkadzają a mango wręcz ubóstwiam. Są to kosmetyki zdecydowanie warte wypróbowania.




poniedziałek, 2 maja 2016

Nowa linia Nivea Protect & Care - ochrona i pięlęgnacja.

Bohaterem dzisiejszego posta jest kolejna "antyperspirantowa" nowość na rynku, a mianowicie marka Nivea wprowadziła innowacyjne dezodoranty, które łączą w sobie zarówno ochronę jak i pielęgnację. Dezodorant testowałam będąc Ambasadorką Klubu Ekspertek Ofeminin.pl.



Kilka słów od producenta: antyperspirant NIVEA Protect & Care zawiera przyjemny zapach oraz 
cenne składniki Kremu NIVEA, przez co jednocześnie dba o Twoją skórę pod pachami oraz zapewnia długotrwałą ochronę przed poceniem.

Zacznijmy od opakowania. Dezodorant wygląda bardzo klasycznie. Wyróżnia go od innych możliwość blokowania rozpylacza oraz niepozorne wgłębienie butelki pod aplikatorem, które faktycznie ułatwia jego trzymanie przy używaniu. Niby nic takiego a jednak ręka fajnie się tam osadza :) Dezodorant w 
odróżnieniu od poprzednio przeze mnie recenzowanego nowego antyperspirantu firmy Garnier (odnośnik do posta), ma klasyczną formę aplikacji, z butelki wydobywa się dość silny strumień kosmetyku. 




Czy dezodorant okazał się dla mnie skuteczny? Owszem, był niezawodny przez cały dzień. Lubię jednak w tym miejscu podkreślać, że każdy boryka się z różną intensywnością potliwości i ten sam produkt może inaczej się sprawdzać u innych osób. Jednak śmiem założyć, że przy powiedzmy nie odbiegającej od normy potliwości okaże się skuteczną, całodzienną ochroną. Antyperspirant mnie nie podrażnił, był delikatny dla skóry również po goleniu. Po aplikacji skóra jest sucha. Czytałam opinie, że pozostawia jasny ślad na skórze i tym samym na odzieży lecz ja tego u siebie nie zaobserwowałam. Być może jest to kwestia porządnego wstrząśnięcia przed użyciem.



Zapach dezodorantu występuje tylko w jednym wariancie i jest on zbliżony do zapachu kultowego kremu Nivea. Faktycznie tak jest. U mnie utrzymywał się przez kilka godzin.

Dezodorant jest ogólnie dostępny. Jego pojemność to 150 ml i kosztuje około +/- 12 zł.

Osobiście polubiłam antyperspirant Nivea Protect & Care. Przyjemny, delikatny i skuteczny, niedrogi dezodorant warty przynajmniej wypróbowania a myślę, że po teście będziecie chciały do niego powracać. Na stronie Ofeminin możecie zapoznać się z innymi opiniami na jego temat.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...