Ostatnie godziny konkursu z Original Source!

Ostatnie godziny konkursu z Original Source!

Zapraszam wszystkie chętne osoby do zgłoszenia się do końca dnia do małego konkursu z nagrodami od Original Source:




Jest mi troszkę smutno, że tak mało osób dotychczas się zgłosiło. Jednocześnie jest to dla mnie jakaś lekcja na przyszłość. Zadania konkursowe nie powinny chyba za bardzo ingerować w waszą prywatność. Naprawdę jednak nie spodziewałam się takiego odbioru. Ale szanuję to.

Plusem zaistniałej sytuacji jest fakt, że osoby biorące udział mają bardzo małą konkurencję :)

Wszelkie informacje dotyczące konkursu znajdziecie TUTAJ .

Tylko do końca dnia możecie się zgłaszać! Zachęcam :)





Garnier Czysta Skóra Fruit Energy. Żel do mycia twarzy.

Garnier Czysta Skóra Fruit Energy. Żel do mycia twarzy.

Postaram się dzisiaj króciutko napisać kilka słów o owocowym żelu do mycia twarzy od Garniera. Żele do twarzy to kosmetyki, które zmieniam zazwyczaj po każdym opakowaniu, do niektórych wracam po jakimś czasie. Moja twarz nie ulega raczej żadnym uczuleniom i większość kosmetyków okazuje się być dla mnie po prostu OK.

Nie będę zatem dzisiaj skupiać się jak ten żel działa na moją skórę lecz napiszę kilka informacji o samym żelu i moje zdanie odnośnie informacji podanych na opakowaniu.


150 ml pojemności kosmetyku wystarczy nam na około 2-3-4 mce przy jednokrotnym użyciu dziennie. Zależy od dozowania :) Ja twarz żelem myję codziennie wieczorem. Opakowanie w którym mieści się kosmetyk jest dość standardowe dla żeli do twarzy, stoi denkiem do dołu więc spokojnie bez problemu zużyjemy go do końca. Zawsze ostatnie krople spłyną ku otworowi. Ja wolę żele z dozownikiem, z tego nie raz wylało mi się za dużo kosmetyku, bądź rozlał mi się przy otwieraniu.

Żel ma konsystencję dość rzadką, i dlatego właśnie miałam kilka wypadków przy dozowaniu. Posiada w sobie drobinki, które są naprawdę drobniutkie i jest ich bardzo dużo. Nie powinny nam podrażniać skóry a sprawiać, że będzie dobrze oczyszczona. Osoby, które mają wyjątkowo wrażliwą i delikatną skórę nie koniecznie powinny go posiadać.

Żel jest bardzo wydajny, niewielka jego ilość wystarcza na porządne umycie twarzy (trzeba tylko umiejętnie wycisnąć nie za wielką porcję na dłoń). Będzie on ulubionym produktem dla miłośniczek aromatycznych kosmetyków, ma w sobie kilka owocowych wyciągów i pachnie niezwykle przyjemnie. 



Żel skierowany jest do posiadaczek skóry mieszanej, tłustej i z tendencjami do niedoskonałości. Moja skóra jest sucha a na twarzy wydaje się być mieszana, choć ostatecznie zaliczyłabym ją do suchej. Nie cierpię na większe niedoskonałości, w dzień natomiast zaczyna się świecić i mam lekko rozszerzone pory. Żelu jednak używałam i bardzo go polubiłam. Nie odczuwałam dyskomfortu z powodu codziennego mycia twarzy żelem z drobinkami. Przy codziennym nakładaniu makijażu, wieczorem po umyciu twarzy odczuwałam za to, że jest porządnie oczyszczona. Moja skóra po wyschnięciu była ściągnięta ale taki efekt uzyskuję praktycznie po każdym kontakcie skóry z wodą i innym oczyszczającym kosmetykiem. Pod sam koniec mycia twarzy zawsze "przelecę" też żelem po oczach. Nigdy nie odczułam żadnego podrażnienia. Pamiętajcie jednak o obfitym spłukaniu.  

Czyli podsumowując - żel jest przeznaczony raczej do skóry tłustej i problematycznej, natomiast wg mnie nie powinien być bardzo inwazyjny dla skóry bardziej suchej. Może jak już wyżej napisałam nie powinny po niego sięgać osoby z wyjątkowo wrażliwą skórą.



Czy żel daje efekt rozświetlenia? Na pewno nie dosłownie. Po umyciu nim twarzy, nałożeniu kremu będziemy wyglądały z pewnością czysto, świeżo i tak też będziemy się czuły. Stąd być może zapewnienie o efekcie rozświetlenia :) Smakowity zapach kosmetyku na pewno pogłębi to doznanie.

Nie jestem niestety osobą dobrze znającą się na składach kosmetyków, ale podaję go dla wnikliwych osób.



Cena żelu do około 10-15 zł. Ja zazwyczaj kosmetyki codziennego użytku wychwytuję na promocjach i kupuję po tej niższej cenie. Uważam, że Garnier Fruit Energy jest zdecydowanie wart swojej ceny i jest duża szansa, że kupię go kiedyś jeszcze raz albo i więcej :)

Dajcie znać czy go używałyście! Mój za moment powędruje do denkowego pudełka. 




Kobo - rozświetlający korektor. Illuminate Cover Stick.

Kobo - rozświetlający korektor. Illuminate Cover Stick.


Idąc za ciosem dzisiaj pod opinię idzie kolejny korektor - Illuminate Cover Stick od KOBO. Mój jest już na totalnym wykończeniu, zatem mam o nim mocno sprecyzowaną opinię :)



Tym razem mamy do czynienia z korektorem w sztyfcie. Plusem tego jest fakt, że wysuwamy z osłonki tylko tyle korektora ile nam potrzeba do swobodnej aplikacji a po wykonaniu makijażu możemy go całkowicie wsunąć z powrotem do końca (chyba jest to nie możliwe na samym początku użytkowania gdy fabrycznie wystaje pewna część i nie ma miejsca w tubce na jej wsunięcie).


Mój korektor złamał się u nasady po jakimś czasie (nie, nie wysuwałam go do samego końca, aby sprawdzić długość :) ), po prostu przy używaniu wydaje mi się, że naruszyła się stabilność w miejscu gdzie jest on wetknięty w plastik i od tego momentu miałam kilka wypadków, nieświadomie trzymając otwarty korektor skierowany ku dołowi, że cały sztyft mi wypadł. Przyczepić się można również do wiecznie brudzącego się wieczka, wiele razy je przecierałam wacikiem od środka.

Plastik opakowania jest mocny, część osłaniając sztyft ani nakrywka nigdy nie pękły, nie połamały się a napisy na korektorze przy codziennym jego dotykaniu nie starły się.

Nie pamiętam już czy korektor występuje w różnych wariantach kolorystycznych (chyba tak, przynajmniej w jeszcze jednym - ciemniejszym), ja mam na pewno najjaśniejszy. Korektor jest kremowy, nie zauważyłam  aby z czasem zmienił konsystencję, stwardniał bądź zrobił się bardziej suchy. Łatwo z nim pracować, bez problemu ładnie rozprowadzał się pod oczami, ja korektor zawsze delikatnie wklepuję.

Warto przechowywać go np zimą w szafce, szufladzie aby nie był narażony na niższą temperaturę, co mogłoby spowodować, że stanie się bardzie gęsty i trudniej będzie go rozprowadzać.

Kwestia rozświetlenia korektora.... Hmmm... Tu bym osobiście polemizowała z tą cechą. Czasami przyglądałam się efektowi dosłownie jak pod lupą. No więc z tym rozświetleniem jest tak, że jest ono minimalne, delikatne i prawie niewidoczne, nie powinno wystraszyć bojących się wszystkiego co się mieni użytkowniczek kosmetyków :) Dopiero gdy naprawdę przyjrzymy się roztartemu kosmetykowi z bliska, widać delikatne, delikatniutkie drobineczki. Zakładając, że większość z nas korektor obsypie jeszcze sypkim pudrem, efekt rozświetlenia dodatkowo zaniknie.

Korektor wg mnie ładnie kryje, w zależności od potrzeb możemy uzyskać mocniejszy, lub delikatniejszy efekt. Mi nigdy nie zbierał się w zagnieceniach skórnych :) ani nie rolował się w żaden sposób. Efekt najlepiej zobaczycie na zdjęciach. Kosmetyk jest trwały, raczej wytrzymuje cały dzień, choć z czasem, pod wieczór gdy skóra jest mocno zmęczona, można zauważyć, że efekt nie jest już taki solidny, jak przy świeżym makijażu z rana.

Pojemność jego wynosi 4 gramy a cena kształtuje się w okolicach 15 zł. Ja swój oczywiście wyczaiłam na promocji - kosztował wtedy około 10 zł.

Przyznam, że z radością zużyłam do końca korektor ale nie dlatego, że go nie lubiłam i cieszy mnie, że się skończył, ale kosmetyki kolorowe zdecydowanie wolniej się wykańcza niż te pielęgnacyjne więc jest to mini sukces. Natomiast na pewno osobiście bardzo go polubiłam. Jest to dobrej jakości kosmetyk, który możemy kupić po bardzo niskiej cenie. Jest ogromna szansa, że po wykończeniu korektorów, które nadal posiadam (NYX, Skinfood i Collecion 2000), kupię go w przyszłości ponownie. Zdecydowanie polecam!

A teraz najciekawsza część całej recenzji czyli efekty :)




Oko na golasa.


Nałożona warstwa korektora.


Korektor roztarty.


Znowu golasy!


Z warstwą korektora.


Na tym zdjęciu mam już nałożony korektor, podkład i puder.


A tutaj wersja De Lux - cały makijaż :)

Gdybym miała wybierać pomiędzy Kobo a korektorem od Skinfood, o którym pisałam w poprzednim poście, osobiście wybrałabym Skinfood za idealny odcień do maskowania niebieskawych sińców pod oczami. Skinfood jest również bardziej kremowy i ciutkę łatwiej go rozprowadzać. Dodam też, że wg mnie Kobo daje delikatniejszy efekt i będzie lepszy dla osób, które nie borykają się z dużym problemem sińców lub przebarwień pod oczami i chciałaby uzyskać bardziej świeże, rozświetlone spojrzenie.

Co powiecie o efekcie, jaki daje korektor Kobo? Używałyście go kiedyś?